piątek, 17 kwietnia 2026

Drugi tydzien "wygnania"

W sobote, 11 kwietnia, planowalam wyspac sie do oporu i zafundowac sobie spokojny, leniwy ranek. Niestety, mimo ze w weekend sniadanie konczy sie troche pozniej, to niewiele, bo juz o 9:15. To oznacza, ze musze wstac o 7:40, zeby sie rozbudzic, wyszykowac, dojsc na stolowke i spokojnie zjesc. Poczatkowo wiec stwierdzilam, ze pierdziele. Wyspie sie i pojde prosto na obiad, ktory zaczynal sie o 11:30. Niestety, moja mala grupka dzien wczesniej nagle stwierdzila, ze chce pojechac na pobliska plantacje herbaty i wyjazd zaplanowala na okolo 10. Co bylo robic; zmusilam sie do zwleczenia z lozka i pojscia na sniadanie. Oczywiscie moglam odmowic, szczegolnie ze dzien wczesniej lazilam po starym miescie w Charleston, ale alternatywa moglo byc spedzenie weekendu krecac sie po bazie i "podziwiajac" w kolko te same widoki. Po sniadaniu wrocilam do pokoju oczekujac szybkiego wyjscia, ale okazalo sie ze kolega musial jeszcze podejsc do sklepiku i w koncu wyjechalismy dopiero po 11. Troche martwilam sie o samopoczucie, bo dzien wczesniej dostalam okres, a temperatury nagle podskoczyly i organizm tez potrzebuje troche przywyknac. Ostatecznie okazalo sie, ze jedyne co mnie dopadlo, to straszny bol glowy po poludniu. Serio, jak malo kiedy glowa mnie boli, bardziej odczuwam takie "zamulenie", tak teraz mialam wrazenie, ze ktos wkreca mi w czolo srubokret. Przyznaje jednak, ze warto bylo sie wybrac. Poludnie Hameryki slynie z plantacji, glownie bawelny oraz tytoniu, ale plantacje herbaty sa tylko dwie - tutaj w Poludniowej Karolinie oraz w Stanie Mississippi. Plantacja okazala sie bardzo urokliwym, spokojnym miejscem.

Droga przez plantacje (tylko dla specjalnego autobusu)

Moglabym tak siedziec tam caly dzien pod tymi drzewami 

Poza zbiorem, miejsce to przetwarza herbate na miejscu i mozna bylo z przewodnikiem (telewizyjnym) zwiedzic przetwornie. Szkoda tylko, ze jak normalnie mielibysmy szanse zalapac sie na pierwsze zbiory, tak w tym roku te okolice mialy wyjatkowo chlodna zime, a nawet jeden (:D) dzien sniegu i krzewy jeszcze "budza" sie do zycia. Przetwornia stala wiec pusta. Nauczylismy sie za to, ze wytworzenie herbaty czarnej, oolong oraz zielonej, zalezy wylacznie od czasu jej suszenia. ;) Wykupilismy przejazd wagonikiem po plantacji, gdzie pani opowiadala o historii owego miejsca i pokazala nam kilka poletek.

W takich rowniutkich rzadkach, rosnie sobie herbatka :)

Okazalo sie, ze jakis bogaty pan, ponad 100 lat temu, jako wielki milosnik herbatki, zamawial ja z Chin. Poniewaz jednak nie lubil dlugo czekac na przesylke, wiec wpadl na pomysl, zeby sprowadzic stamtad krzaczki i sprobowac wyhodowac sobie herbate na miejscu. Niespodziewanie, klimat Karoliny Poludniowej bardzo krzewom herbacianym podpasowal i tak to sie zaczelo. :)

Na zdjeciach slabo to widac, ale krzewy przypominaja troche jagode, tylko sa wyzsze

Jedynym rozczarowaniem bylo, ze w jednym ze stawow maja aligatora - rezydenta, ale niestety akurat trwa okres godowy i powedrowal gdzies w poszukiwaniu milosci. :D W sklepiku z pamiatkami wydalam oczywiscie zbyt duzo, ale no przeciez musialam zakupic pudelko ich herbatki, tak? A do tego pare lyzeczek ichniego miodku, kremik i balsam do ust z ekstraktem z herbaty, mydlo i pare innych pierdolek. ;) Za darmo mozna tez bylo poprobowac ich herbaty, zarowno goracej, jak i mrozonej. W koncu ruszylismy w droge powrotna, ale polowa z nas nie jadla w ogole sniadania, wiec chcieli zatrzymac sie gdzies na jedzenie. Mnie juz wtedy strasznie napierdzielala lepetyna, ale co mialam robic. Zamowilam kanapke, lecz zjadlam tylko polowe i poprosilam o zapakowanie reszty. Kiedy dojechalismy do "domu", nie mialam juz ochoty sie nigdzie ruszac. Posiedzialam w moim fotelu, wypilam kawe i na szczescie bol glowy zaczal przechodzic. Niby nie bylam glodna, ale poszlam na obiadokolocje, glownie zeby wziac kawe. Niestety, drugi wieczor pod rzad, jej nie bylo. :/ Stwierdzilam, ze wezme "troche" jedzenia, ale pani nalozyla mi caly talerz. Oczywiscie zjesc nie musialam, siadlam jednak ze znajomymi i tak gadajac oraz sluchajac, nieswiadomie pochlonelam caly talerz. :D Wieczorem niestety juz musialam wstawic pranie. Strasznie nie lubie publicznych pralni. Nie tylko sie brzydze, bo nie wiem kto i co przede mna pral, ale tez juz niektorzy opowiadali ze ludzie zostawiaja mokre ciuchy w pralce, albo suche w suszarce i zapominaja... Na szczescie ja unikelam takich dodatkowych frustracji i wstawilam pranie bez problemu. Nastawialam tez alarm telefonie, zeby nie zapomniec. ;)

Moja mala grupka zaczela planowac na niedziele wypad na stare miasto w Charleston, ale choc poczatkowo przytaknelam, pozniej stwierdzilam, ze jednak mi sie nie chce. Nadchodzil poniedzialek, a z nim calodniowe "lekcje" oraz wczesne pobudki. Mialam okres i czulam sie tak sobie, jeszcze ten sobotni bol glowy i w koncu napisalam, ze jednak nie jade, a niedziele planuje spedzic leniwie i spokojnie. Ominelam wiec sniadanie i spalam do 9. Potem powylegiwalam sie w lozku i ostatecznie zwloklam o 10. Szykowalam sie powolnie, pogadalam z M. i o 12 poszlam na lunch. Po powrocie musialam zrobic tacie bezrobocie bo sie dopominal (:/), a pozniej zadzwonil i on i kolejny raz malzonek. Ten ostatni w ogole wydzwanial do mnie co chwila, bo robil porzadki w ogrodku, rozsadzal rosliny i potrzebowal moich porad oraz opinii. Nie da sie wyjechac z chalupy i uciec przed domowymi decyzjami. :D

Poszlam na spacer i chwile posiedzialam na brzegu rzeki

Ta rzeka wydaje sie dosc waska, ale kiedy przeplywa nia taki kontenerowiec, widac jej prawdziwy rozmiar... 

Na wieczor polowa naszej 40-osobowej gromady zaplanowala grillowanie przy barze. Tak, mamy tu lekko "syfiasty" akademik, marna stolowke, ale jest tez BAR. Niestety, ponoc mieli spore problemy z mlodziencami ze Strazy Przybrzeznej. Jak to mlodzi, ostro popijali i tu jeden nasikal komus na drzwi, tam inny zasnal pod prysznicem, zatkal odplyw i zalal pokoj. Skonczylo sie tak, ze bar serwuje wylacznie piwo oraz wino, zadnych mocniejszych trunkow. W kazdym razie, trzy osoby sie skrzyknely, zaplanowaly zakupy (co nie jest taka prosta sprawa, bo trzeba sie zabrac busem), po czym zaczely zbierac imiona osob, ktore chca sie zlozyc na prowiant oraz akcesoria. Musieli bowiem kupic jeszcze brykiet do grilla, ale tez noze, deske do krojenia, talerze, sztucce, itd. Kiedy zaczely wplywac imiona, troche z rozpedu tez sie zglosilam. Pozniej mi sie odchcialo, bo okazalo sie, ze zglosilo sie "tylko" 19 osob, a osoby robiace zakupy, zamiast spodziewanych burgerow i hot-dogow, zakupily befsztyki, kurczaka i jakas pikantna kielbase. Do tego awokado oraz pomidory na guacamole, limonki, przyprawy, wszystkie kuchenne "narzedzia" i kazdy musial wybulic $18. Nooo, bylo to drugie tyle, ile sie spodziewalam... Ale coz, zglosilam sie, no to grzecznie z kasy wyskoczylam. Stwierdzilam, ze posiedze, zjem cos, wypije lampke wina... Taaa... Pierwsze rozczarowanie - wino okazalo sie produktem deficytowym. Po ostatnim czesciowym zamknieciu rzadu, baza dopiero wracala do zycia. Bar byl zamkniety pierwsze kilka dni, a pozniej, choc go otworzono, to zaopatrzono tylko w piwo. :/ Na jedzenie tez trzeba bylo czekac wieki, bo nakupili tego jak dla armii. W dodatku, osoby organizujace, nie chcialy po prostu ugrillowac miesiwa, tylko zrobic tacos. Kiedy bylo wiec upieczone, kroili je na paseczki. Mimo ze pracowaly nad tym dwie osoby (tylko tyle zmiescilo sie przy jednej desce do krojenia), cale przygotowanie trwalo prawie 2 godziny. :O

Impreza pod palmami 

Umijalismy sobie czas jak sie dalo, czesciowo podziwiajac faune, ktora sama sie do nas pchala. Na poczatek przebiegl nieopodal lis, ktorego juz wczesniej pare osob widywalo.

Obiekt w ruchu i wtapial sie w otoczenie, ale mam nadzieje, ze go dojrzycie 

Pozniej na drzwie siedziala zabka. A na koniec zaczely nam nad glowami latac nietoperze i to pogonilo kilka osob do srodka. :D

Rzekotka :)

W miedzyczasie zaczelam dostawac telefony oraz wiadomosci od M., niestety niezbyt pozytywne. Okazalo sie, ze sufit w kuchni, z ktorego kapalo od czasu do czasu od jakichs 2 lat, a ktory M. mial naprawic "i nie trzeba mu przypominac co pol roku", w koncu sie poddal i zaczelo z niego leciec juz konkretnie. To znaczy, nie z sufitu, tylko z jakiejsc rurki przy wannie u dzieciakow, bo kapalo tylko wtedy kiedy Nik bral prysznic. Bi upiera sie brac go u nas. ;) W kazdym razie, malzonek wycial dziure w suficie i odkryl, ze wszystko tam jest wilgotne i poplesniale. A to "niespodzianka"! :/ Dzwonil tak i pisal, bo M. po prostu musi wszystko od razu relacjonowac, ze chodzilam po parkingu, rozmawialam, odpisywalam i w koncu odechcialo mi sie wszystkiego, wiec wrocilam po prostu do pokoju. Mialam nadzieje, ze wszyscy wypili wystarczajaco piwska, zeby nie zwrocic uwagi, ze zniknelam. :D Posiedzialam sobie jeszcze spokojnie w pokoju i w koncu polozylam sie do lozka, bo kolejnego dnia czekaly mnie juz lekcje. :(

W poniedzialek musialam sie juz zwlec wczesnie, wyszykowac i pedzic na "lekcje". Niestety, gdzie w zeszlym tygodniu mielismy luzik, bo zaczynalismy o 8:30, o 11 mielismy godzinna przerwe na lunch, a juz okolo 15 konczylismy, w tym, jak to mowia, przykrecili nam srube. Zaczynalismy juz o 8, zajecia rano trwaly do 12, a o 13 wracalismy do klasy, gdzie kiblowalismy prawie do 17. :( Caly tydzien uczylismy sie przepisow prawnych. Temat w sumie przydatny, tyle ze nikt nie zapamieta na raz tylu paragrafow, ktore w dodatku rozrzucone byly po roznych grupach. Moja jest dosc specyficzna, wiec praktycznie nic jej nie dotyczylo. Na dodatek, pani prowadzaca zajecia w poniedzialek byla srednio przygotowana. Twierdzila ze zwykle nie prowadzi tych zajec, wiec po prostu czytala ze slajdow i z notatek przygotowanych przez kogos innego. W rezultacie calosc byla nudna niczym flaki z olejem. Rano jeszcze jakos sie trzymalam, ale po poludniu po prostu nie moglam utrzymac otwartych oczu. W dodatku, na przerwie popedzilam do kafejki po kawe, a ta okazala sie zamknieta, choc wedlug grafiku powinna dzialac jeszcze pol godziny. :( Po zakonczeniu zajec, powloklam sie do pokoju, gdzie padlam na fotel i tyle, ze zadzwonilam do meza. O 18 jak zwykle ruszylam na kolacje, ale po niej zmusilam sie do zrobienia koleczka naokolo budynku "akademika". Spotkalam po drodze kilka dziewczyn z naszej gromady, wiec chwile z nimi pogadalam, po czym nie pozostalo mi nic innego, jak wrocic do pokoju i zakonczyc dzien przy ksiazce i w necie. Za to w domu Potworki mialy ferie wiosenne, wiec sie lenily. Z tej "okazji" malzonek tez postanowil wychodzic z pracy wczesniej, zeby spedzic w nimi troche czasu. Bi opiekuje sie krolikami sasiadow, ktorzy polecieli w cieple kraje, a poza tym miala miec treningi lekkoatletyki. Okazalo sie jednak ze byly one tylko w poniedzialek i czwartek, przy czym w ten pierwszy, zlapala lenia i nie pojechala, choc pogoda byla niezla i mogla wskoczyc na rower. Nika koledzy tez porozjezdzali sie po swiecie oraz Hameryce, wiec spedzil dzien ogladajac od nowa wszystkie czesni Harrego Pottera. :D

Wtorek zaczal sie ponownie wczesnie i pedem na stolowke, a pozniej na zajecia. Spotkala mnie tez niespodzianka kiedy popatrzylam na nagrania z kamer wokol domu, bo okolo 6 rano, przeszedl sobie z tylu niedzwiedz. ;)

Lezie sobie taki misiek 

Tym razem pan prawnik byl przygotowany przyzwoicie i jak na przepisy prawne, to opowiadal o nich dosc ciekawie. Ranek minal wiec nawet znosnie, pozniej przerwa na lunch i spowrotem na zajecia. Niestety, popoludnie przynioslo spadek energii, nawet pomimo wypitej kawy. Na pierwszej przerwie popedzilam do kafejki, a pani oznajmila ze wlasciwie to sa juz zamknieci, ale moze znajdzie cos co moze zrobic. Okazuje sie, ze zamykaja o 14, ale wszedzie jest napisane, ze o 15:30. Pani przewrocila oczami, ze do tej godziny to nie pracuja od 3 lat, ale nikt nie chce tego zmienic w broszurach ani na aplikacji. Laskawie jednak przygotowala mi latte z lodem. Normalnie nie lubie napojow z lodem, ale przyznaje ze tym razem mnie orzezwial i pomogl w utrzymaniu uwagi przez jakis czas. Dzieki temu popoludnie nie poszlo na stracenie, choc ostatnie 1.5 godziny juz tylko powstrzymywalam ziewanie i co chwila zerkalam na zegarek. Zreszta, malo kto specjalnie uwazal. Chlopak obok mnie przegladal strony internetowe z butami, a ludzie przede mna sprawdzali maile i ogolne aplikacje z pracy. :D Kiedy skonczylismy, wrocilam do pokoju, zmienilam dlugie spodnie na krotkie spodenki i pomaszerowalam do stawu przy wjezdzie na caly teren, zeby sprobowac podejrzec rezydujacego tam aligatora. Niestety, stalam tam z kwadrans, a gadzina sie nie pokazala.

Za to w jednym miejscu znalazlam jakies glupie gesi, ktore zadomowily sie w... kaluzy (nie widac, ale jedna z gesi siedzi w wodzie), ktora tworza zraszacze do trawy

Wrocilam pospiesznie na kolacje, a pozniej juz siedzialam w pokoju. Noc okazala sie tragiczna. Nie wiem czy w poblizu przejezdzaja pociagi, czy to statki, ale kilka razy w nocy budzily mnie ni to syreny, ni to jakies trabienie. Najgorzej, ze sygnaly pojawialy sie kilkukrotnie w ciagu kilku minut i w rezultacie kompletnie wybijaly mnie ze snu, a potem lezalam rozgladajac sie po pokoju i przeklinajac w myslach cale to miejsce.

Za to do domu tez przyszlo "lato", a ze Potworki nie mialy szkoly, wybrali sie z M. na przejazdzke rowerowa

W srode wstalam wiec nieprzytomna, ale nie bylo rady, trzeba sie bylo zbierac na zajecia. Te byly z tym samym panem, wiec wszystko wygladalo wypisz - wymaluj jak we wtorek. Musze oddac panu sprawiedliwosc, ze potrafil o tych prawnych kruczkach opowiadac z wielkim entuzjazmem i mial naprawde dar przekazywania wiedzy. Niestety, materialu bylo tyle, ze wszystkie paragrafy mi sie kompletnie mieszaja i nawet jesli powtorze wiadomosci, to marnie widze wynik egzaminu... Skoro pani w kafejce oswiecila mnie ze zamykaja o 14, wiec tego dnia, po kawe poszlam zaraz po lunchu. Dzien wczesniej wzielam bowiem mrozone latte i zauwazylam ze taki zimny napoj pomogl mi nieco w utrzymaniu uwagi. Jeszcze wkurzyl mnie kolega, z ktorym bylam na inspekcji w marcu. Minely prawie 4 tygodnie, a on nagle pisze zebym sprawdzila i podpisala raport! Dla niezorientowanych, mimo ze wedlug przepisow mamy 30 dni na skonczenie go, to niepisana zasada mowi, ze powinno sie napisac go w tyle dni, ile bylo sie na inspekcji. Wiem, ze kolega mial inny, zalegly raport, bo mial inspekcje jedna po druga, ale o to co ja sprawdzalam, pytal juz w pierwszym tygodniu po powrocie, a w drugim o jakies szczegoly. Wydawalo sie, ze pracuje nad raportem, a tu prosze, 4 tygodnie sobie minely i dopiero go napisal. Odpisalam, ze jestem na szkoleniu, wiec bede mogla do niego zajrzec dopiero wieczorem. Po godzinie dostaje wiadomosc, ze pomylily mu sie daty i raport musi byc wyslany juz tego dnia, ale ze ok, bo inna kierowniczka (nasz byl na zwolnieniu) juz go sprawdzila, wiec zebym tylko podpisala i odeslala. No super; wiec teraz nagle mam podpisywac dokumenty bez chocby przeczytania... Po kolejnej godzinie dostalam ponaglenie, ze "on nie wie czy widzialam, ale ten raport musi byc podpisany dzisiaj"... Co bylo robic, skoro to takie pilne, to podpisalam i odeslalam. Wieczorem jednak siadlam i przeczytalam z ciekawosci. I co?! Znalazlam blad! I to taki oczywisty, ze nie wiem jak mozna bylo go nie zauwazyc! Podejrzewam, ze kolega sie spieszyl i nie poprawil danych z poprzedniego raportu, tyle ze zatwierdzil go nasz szef, a przedtem niby sprawdzila "szefowa szefa"! Mam teorie, ze kolega jest bardzo doswiadczonym inspektorem i szefostwo bardzo sie w jego raporty nie wglebia, tylko przelatuje na szybko i zatwierdza. :/ Wracajac do srody, to wieczor minal jak zwykle. Po zajeciach spacer, potem obiadokolacja, troche na kompie i do spania.

Czwartek to pobudka jak zawsze, tyle ze bylam bardziej wyspana, bo dziwne syreny w nocy obudzily mnie tylko raz. Szybko zaliczyc sniadanie i na "lekcje". Tego dnia prowadzily je dwie panie i niestety byly tak "pomiedzy" kobitka z poniedzialku, a panem z wtorku i srody. Nie mialy w sobie az takiego entuzjazmu i duzo czytaly z kartek, ale przynajmniej nie mowily tak "sucho" i bezjajowo. Dzien dluzyl sie niemilosiernie, ale z przerwa na lunch jakos przezylismy i mozna bylo wrocic do pokoju. Chwile odsapnelam dzwoniac do malzonka, po czym poszlam na moj tradycyjny juz, przedobiadowy spacer. Potem kolacja i wrocic do pokoju, juz na reszte wieczora. Jeszcze, poszlam sobie zaparzyc kawy obok recepcji, a tu wpada kolezanka, panikujac, bo w pokoju lazil jej wielki... karaluch! Jestesmy na poludniu, gdzie zyja wielkie karaluchowate owady, choc one akurat trzymaja sie raczej podworka. Przed przyjazdem ostrzegano nas jednak, ze moga czasem pojawic sie w srodku. Sa nieszkodliwe, nie mnoza sie w domu, nie gryza (chyba ze sprowokowane), ale ze moga dorosnac do 7 cm, to wzbudzaja panike. Wlasnie taki "okaz" wlazl kolezance do pokoju. Stwierdzila ze to bylo wielkosci malej myszy i zazadala zmiany pokoju. Najlepiej na pietro. Niestety, na pietrze nie bylo juz wolnych pokoi, ale pani zaoferowala jej inny, choc nadal na parterze. Wczesniejszy miala na samym koncu korytarza, przy tylnych wyjsciowych drzwiach, wiec moze stad robal sie tam znalazl. Teraz bedzie bardziej w glebi. Kolejny raz pogratulowalam sobie, ze juz pierwszego dnia zmienili mi pokoj. Nie tylko wczesniej bylam na parterze, ale tez na samym koncu, dokladnie naprzeciwko kolezanki. ;) Reszta wieczora uplynela juz bez sensacji. Przede mna byl kolejny dzien prawa, wiec trzeba sie bylo znow polozyc w miare wczesnie.

Niestety, wiemy juz ze zwiedzanie ktoregos z wielkich, wojskowych statkow sie nie odbedzie. Przy obecnej sytuacji politycznej sa w pelnej gotowosci i czekaja na potencjalny rozkaz natychmiastowego wyplyniecia

W piatek podobny schemat. Wstac, wyszykowac sie, na sniadanie, a stamtad na zajecia. To byl juz ostatni dzien prawa i coraz trudniej bylo utrzymac uwage. Do lunchu jeszcze jakos szlo, ale po nim juz nie dalo sie wytrzymac. W drugiej czesci juz porzucilam wszelkie proby utrzymania uwagi i siedzialam na telefonie. Marnie widze ten egzamin, choc naprawde, to prawo nie bylo nam do niczego potrzebne. Jesli trafimy na inspekcjach na problemy wymagajace interwencji, to po prostu zadzwonimy do ich departamentu i zajma sie tym prawnicy. Ja nie musze wiedziec pod jakie paragrafy to podczepia i jakie zarzuty przedstawia. A jeszcze prowadzaca na koniec urzadzila "zabawe" dla sprawdzenia naszej wiedzy i w rezultacie skonczylismy pol godziny po czasie. :/ Kiedy wreszcie nas wypuscili, popedzilam do pokoju, przebralam sie w krotkie spodenki bo mielismy 31 stopni, zadzwonilam do malzonka, po czym ruszylam do sklepiku. Musialam kupic sobie wode, a przy okazji zrobilam zdjecia rzeczom z logo roznorakich agencji rzadowych oraz Charleston. Przeslalam je potem Potworkom zeby spytac czy cos im nie wpadlo w oko. Pozniej kolacja i juz relaksik w pokoju. Mlodsza czesc naszej ekipy ruszyla na miasto. Czesc zeby zaliczyc jakies poszukiwanie duchow, a reszta juz zwyczajnie - zeby sie poszlajac po restauracjach i barach. :D Ja juz za stara jestem na takie atrakcje, wiec nigdzie sie nie ruszalam.

Z domu dostaje zdjecia zwierzynca - Maya ze swoja ukochana pileczka

I kiciul spiacy smacznie na stole, bo czemu by nie  ;)

I tak minal kolejny tydzien. Niestety, nic sie tu nie dzieje, wiec post nudny jak flaki z olejem, sorki!

piątek, 10 kwietnia 2026

Po Wielkanocy, niechciany wyjazd

W sobote, 4 kwietnia mozna bylo pospac dluzej, choc nie do oporu, bo trwaly przeciez przygotowania przedswiateczne.

Przy porannym obchodzie chalupy, znalazlam kota wygrzewajacego futerko na lazienkowym oknie

Po sniadaniu wstawilam wiec warzywa do ugotowania na salatke jarzynowa i zaczelam szykowac koszyczek. I sie podlamalam. Pisalam ostatnio, ze zupelnie nie czulam swiat. Okazuje sie, ze moj "swietojebliwy" malzonek rowniez. Pisanki przygotowalam w piatek, wyciagnelam cwikle i sol, ukroilam kawalek babki. Po czym szukam reszty i olsnilo mnie, ze wszystko mielismy zamrozone! I chleb i kabanosy i w ogole cala wedline! No i fakt, ze moglam o tym pomyslec dzien wczesniej, ale dlaczego to zawsze musi byc na mojej glowie? Tym bardziej, ze mialam cala kupe innych rzeczy zajmujacych mi mysli...

Tylko jeden w tym roku... 

No nic, jakos koszyczek przygotowalam. Tak, w tym roku, w koncu tylko jeden. W dodatku Bi stanowczo oznajmila, ze nie jedzie.

Za to ostatnio wrocila do szydelkowania i obecnie dzierga sobie azurowy sweterek :) 

Machnelismy reka i pojechalismy wiec z samym Kokusiem. Swiecenie bylo na 12, a po powrocie zabralam sie za krojenie warzyw na salatke. Ledwie skonczylam, a na 14 trzeba bylo zabrac panne na trening. Co prawda nieobowiazkowy, ale chciala, to ja zawiozlam. Pozniej pojechalam do taty wybrac mu poczte ze skrzynki, bo dzwonil juz w piatek i przezywal jak mrowka okres, ze spodziewa sie rachunku i zeby go jak najszybcie wyslac. Faktycznie, w sobote znalazlam go w skrzynce, tyle ze na zaplate daja zwykle przynajmniej 3 tygodnie, a tata wracal za 1.5, wiec spokojnie zdazylby go wyslac. Nie rozumiem wiec skad ta panika... W kazdym razie, wrocilam do domu, zdazylam rozladowac i zaladowac zmywarke i poskladac pranie, po czym musialam jechac zeby odebrac corke. Jechalam troszke wczesniej, zeby podejrzec ja w czasie treningu i w koncu mi sie udalo.

Bi skacze. Niestety, zdjecie przyblizone z daleka, wiec slabo widac 

Pechowo, Bi tlumaczyla, ze ucza sie techniki po krokach i kiedy opanuja jeden, dokladaja kolejny, itd. Panna akurat dostala kolejny krok, z ktorym niestety ma problemy. Z daleka widzialam wlasnie, ze podbiega z tyczka, ale tylko wskakuje na materac. Mowi ze cos jej tam sie miesza i potem nie ma wystarczajaco odbicia zeby podskoczyc wyzej. Mam nadzieje, ze szybko to opanuje, bo jak zostanie w tyle za reszta, to predko sie zniecheci... Przywiozlam dziewczy do chalupy i pomoglam Kokusiowi zaczac babke. To znaczy nasmarowalam forme maslem i posypalam bulka tarta. Reszte robil juz sam, a ja pobieglam wziac prysznic. Taki to dzien przygotowan, ze latalam w kolko. :/ Dobrze ze M. ugotowal zurek, choc zdolal mu dwa razy wykipiec i cieszylam sie ze czekalam z myciem kuchenki na koniec pichcenia. Na godzine 20 pojechalismy na msze rezurekcyjna.

Caly kosciol rozswietlony swieczuszkami, to cos pieknego 

Szykowalam sie na dluuugie siedzenie, ale ksiadz z 7 czytan wybral tylko 3, potem chrzest nowych czlonkow tez poszedl sprawnie (Nik mial ubaw, ze leja im po glowach woda swiecona :D) i calosc zamknela sie w niecalych dwoch godzinach. Po mszy, osoby ktore wczesniej wpisaly sie na liste, mogly zostac na poczestunek oraz wino, ale my to wiadomo - jak najszybciej do domu. ;) Chwilke posiedziec, na koniec jeszcze podlozyc dzieciakom prezenty od "Zajaczka" i mozna bylo sie walnac spac.

Zajaczek sie postaral ;)

Niedziela niestety zaczela sie wczesniej niz lubie, bo z racji Wielkanocy, mielismy miec gosci. Kiedy wstalam, Potworki oczywiscie juz byly na nogach i zdazyly sprawdzic prezenty. Ucieszylam sie, ze Nik, ktory ostatnio nie mial pomyslu, poza kartami podarunkowymi na gry komputerowe, tym razem poprosil o konkrety. Chcial bluze z logo ulubionego zespolu koszykowki (Denver Nuggets, a ja sie ludzilam ze bedzie kibicowal lokalesom, czyli Yankees, Red Socks czy Celtics :D) oraz Lego ze statkiem z filmu "Project Hail Mary". Bi ma teraz faze na lekkoatletyke, wiec chciala spodenki oraz koszulki do biegania. Oprocz tego, obojgu kupilam po zestawie do robienia wlasnej bubble tea oraz po paczce ulubionych slodyczy. Troche sie wkurzylam, bo chcialam zeby goscie przyjechali najpozniej o 9:30, ale chrzestny napisal ze beda "ciut po 10". No dobra, tyle ze przyjechali nie "ciut", ale grubo po 10:30. :O Jak wiecie, chcialam sie pakowac i szykowac na wyjazd, a tu musialam jeszcze siedziec z goscmi. Goscie mili, nie powiem, tym bardziej fajnie bylo ich zobaczyc, ze przeciez ominelo nas wspolne Boze Narodzenie. No ale tego dnia mialam niestety inne rzeczy na glowie. Poniewaz przyjechali pozno, wiec chrzesny i jego narzeczona zostali tez dosc dlugo, prawie do 14. Pochwalili sie za to, ze w koncu postanowili "zalegalizowac" swoj zwiazek. Cieszymy sie bardzo, ze A. wreszcie (bo ma 56 lat) poznal kogos, z kim mysli o wspolnej przyszlosci. Choc oficjalnej daty jeszcze nie wyznaczyli. ;) Po ich wyjsciu, musialam niestety juz sie ostro pakowac. Wyjazd dlugi, wiec trzeba spakowac i ciuchy na zajecia (business casual :/) i na czas wolny. A do tego oczywiscie kosmetyki oraz wszelakie akcesoria. W przeciwienstwie do wiekszosci hoteli, miejsce szkoleniowe nie ma nawet szamponu i plynu do mycia. :/ Dzien zlecial szybko, jak to ostatnie godziny we wlasnym, wygodnym domu. Nik skonczyl swoje Lego (niby 18+) w doslownie kilka godzin, a jeszcze siedzial z nami przeciez spora chwile przy stole.

Statek jest ruchomy i zmienia uklad kiedy kreci sie korbka z przodu

W poniedzialek, dzien musialam zaczac w sumie tylko troche wczesniej niz zwykle, ale to marne pocieszenie. Dopakowalam jeszcze ostatnie kosmetyki, domknelam walizke i M. zawozil mnie na lotnisko zaraz po tym jak Potworki wyszly do szkol. Najlepsza byla Bi, bo przezywala, ze kolezanka nie odpisuje i nie wie czy jej rodzice ja zawioza do szkoly i w ktoryms momencie, zapatrzona w telefon... patrze, a ona wychodzi z domu! Pytam czy sie ze mna nie pozegna, a panna nieprzytomnie "Pa, mama". No to mowie, ze przeciez wyjezdzam na dlugo, a nie na kilka godzin i czy nie chce sie jakos lepiej pozegnac. Panna: "Aaaa... zapomnialam...". I dopiero przyszla na przytulasa. Zalamac sie mozna z ta Bibusiowa "miloscia". Za to Nik tak sie zegnal, ze prawie uciekl mu autobus, ktory przyjechal jakos wczesnie. :D Pozniej juz pora przyszla na mnie, zaladowac walize do bagaznika i ruszyc na lotnisko... Mimo ze zaparkowal pod terminalem, a nie na parkingu, M. wszedl na chwile ze mna do srodka. Mam wrazenie, zez calej rodziny to malzonek najbardziej przezywa moj wyjazd. Nie ludzie sie jednak, ze az tak mnie kocha; bardziej chyba martwi sie samodzielnym ogarnieciem domowego pie*dolnika. :D Bez problemu przeszlam odprawe, mimo ze targalam dwa laptopy i martwilam sie czy nie beda sie czepiac, a pod bramka spotkalam sie z kolezanka z biura. Mialam szczescie, ze pierwsze polaczenie mialysmy takie samo. W samolocie siedzialysmy oddzielnie, ale chociaz w terminalu mialam z kim pogadac i poprzezywac, ze tak nie chce mi sie wyjezdzac. Lot minal spokojnie, nawet pomimo ostrzezen pilota, ze mozemy miec lekkie turbulencje. Dolecielismy do miejsca przesiadki i kolezanka popedzila pod swoja bramke, bo miala troche ponad godzine do kolejnego lotu. Ja mialam prawie 2.5 godziny i cale szczescie, bo okazalo sie, ze moja bramka byla na drugim koncu lotniska. Doslownie, bo w ostatnim terminalu i przedostatniej bramce. :D Przypomnial mi sie Amsterdam, bo nie bylo zadnych autobusow ani pociagu, a kiedy wyladowalam, apka w telefonie poinformowala mnie, ze marsz pod bramke zajmie mi... 21 minut. :O Na szczescie, w wielu miejscach byly ruchome tasmy, na ktorych mozna sie bylo przejechac. Poniewaz czasu mialam dosc, wiec zaszlam do lazienki, kupilam picie, a kiedy znalazlam bramke, obeszlam najblizsze sklepiki i kupilam sobie cos do jedzenia oraz kawe, bo ostatnia pilam jeszcze na wlasnym lotnisku, przed odlotem. Kolejny lot nie byl juz az tak spokojny. Lecialam do Charleston w Karolinie Poludniowej, a ze miasto znajduje sie na wybrzezu, wiec solidnie tam wialo, przez co bujalo i trzeslo tez samolotem.

W przestworzach 

Wyladowalismy jednak szczesliwie i od tego momentu podroz nie szla juz tak gladko. W informacji bylo podane ze na przylotach bedzie stal czlowiek z tabliczka z nazwa naszego miejsca docelowego. Wedlug grafiku, ktory dostalismy wczesniej, autobus mial przyjechac o 16, a potem o 17. Na szczescie, kiedy szlam po walizke (ktora szczesliwie zaleciala razem ze mna) uslyszalam ze dwie osoby idace przede mna, wspominaja nazwe jednego z kursow, ktory mialam zaliczyc! Okazalo sie, ze to jeden z kursantow oraz pani prowadzaca pierwsze zajacia! No co za zbieg okolicznosci! :D Prowadzaca miala swoj wlasny transport, ale ja i nowo poznany kolega, wraz z jeszcze jednym zaczelismy sie rozgladac za naszym busem. Oczywiscie o nikim stojacym z tabliczka, nie bylo nawet mowy. Wyszlismy przed budynek, ale tam staly dwa rzedy roznorakich van'ow, autobusow oraz busow. Zaden nie wygladal na "nasz". W koncu zadzwonilam na infolinie, gdzie pani mnie poinformowala, ze bus jest wynajety od jakiejs innej firmy, a przyjezdza za kwadrans, a nie o pelnej godzinie. Byla 16:05, wiec dopiero co musial odjechac. Nie pozostalo nam nic, tylko czekac na kolejny. Kiedy zblizal sie czas, podeszlismy blizej stanowisk i na szczescie kobita siedzaca w budce wiedziala o jakiego busa chodzi i gdzie trzeba stanac. Przy okazji dolaczylo do nas kolejne 5 osob, wiec zrobila sie gromadka. W koncu bus przyjechal, kierowca odhaczyl nas na liscie i moglismy jechac. Na szczescie tylko jakies 20 minut. Dojechalismy do budynku administracyjnego, gdzie musielismy sie wylegitymowac i stanac do zdjecia, po czym dostalismy przepustki na teren szkoleniowy. Pozniej kierowca mogl juz nas odwiezc pod budynek "akademika" i  tu pierwszy zonk. Przez tyle czasu slyszelismy, ze bedziemy w nowym, swiezo wybudowanym budynku, itd., tymczasem trafilismy do starego, zniszczonego i ohydnego. Widac oczywiscie, ze pracownicy staraja sie utrzymac czystosc, ale jak to z miejscami, ktore maja kilkadziesiat lat, potrzebny jest generalny remont, a nie sprzatanie. Dostalismy karty do pokoi i popedzilismy wrzucic bagaze, bo bylo juz po 18, a kolacje serwuja tylko do 19. Tu kolejny zonk. Po podrozy oczywiscie musialam skorzystac z toalety. Spuszczam wode, a ta leci i leci i leci. I to z taka moca jak wodogrzmoty! W dodatku toaleta bez normalnej spluczki, tylko z rura, wiec nie ma nawet jak zajrzec co sie dzieje. Poszlam na recepcje i pani powiedziala ze zadzwoni po dyzurnego hydraulika i ze nie musze przy tym byc; moge spokojnie pojsc na kolacje. No to poszlam, z dwiema osobami z mojej grupy. Jedna dziewczyna przyjechala na miejsce samochodem i byla tam juz od kilku godzin, pozwiedzala wiec teren i po kolacji zabrala nas na obchod. Jak na moje kochane, cieple poludnie, bylo niestety chlodno i potwornie wialo, ale w sumie dalo sie wytrzymac w samym swetrze. Po obejsciu wszystkich najwazniejszych budynkow, wrocilismy do "akademika" (naprawde nie wiem jak to nazwac, bo do hotelu to temu sporo brakuje) i pierwsze co, spytalam na recepcji czy naprawiono moja toalete. Pani powiedziala, ze wlasnie probuje sie dodzwonic pod inny numer, bo poprzedni nie dzialal. Super, tyle ze mnie nie bylo prawie 2 godziny, a ona jeszcze wydzwania? Poszlam do pokoju, z nadzieja, ze moze kibelek sam sie naprawil. Taaa... Woda nadal leci jak szalona. Pogadalam chwile z mezem i sie pozalilam, po czym wkurzona ruszylam spowrotem na recepcje. Bylam po dlugiej podrozy, wykonczona, a nie moglam sie nawet walnac spokojnie do lozka, bo przy takim "wodospadzie" o spaniu nie bylo mowy. :/ Pani, jak tylko mnie zobaczyla, od razu sama zakrzyknela, ze dadza mi nowy pokoj. No i super, tyle ze pierwszy byl na parterze (gdzie tez bylo kilka stopni), a nowy dostalam na pierwszym pietrze. Budynek jest tak stary, ze nie ma w nim ani windy, ani jakiegos podjazdu, wiec musialam taszczyc moja ogromna walize po schodach. Na gorze okazalo sie, ze nie ja jedna mialam problemy. Inna dziewczyna stala w otwartych drzwiach, bo w jej zamku padla bateria i sie nie otwieral, a dodatkowo miala zepsute zaluzje, ktorych nie dalo sie do konca opuscic i kazdy mogl jej zagladac w okno. W nowym pokoju pierwsze co, to sprawdzilam toalete, ktora tym razem dzialala. :) Pozniej jeszcze zmusilam sie do rozpakowania walizki i w koncu moglam walnac sie spac. Jesli myslicie, ze na tym przygody sie skonczyly, to sie mylicie. Zasnelam dosc szybko, bo bylam wymordowana, ale dlugo spac nie bylo mi dane. Bylo okolo 12:30 w nocy, kiedy... wlaczyl sie alarm przeciwpozarowy!!! Zaspana wyjrzalam na korytarz, gdzie zagladala tez dziewczyna z naprzeciwka, ale zadna z nas nie wiedziala czy alarm jest prawdziwy. Zapomnialam bowiem wspomniec, ze w kazdym pokoju jest spory plakat (choc kolejnego dnia pare osob twierdzilo ze go nie zauwazylo) zeby zamykac drzwi do lazienki w czasie kapieli, bo para moze aktywowac czujniki dymu! :O W koncu uslyszalam ze ludzie ida korytarzem, wiec narzucilam na pizame kurtke i wyszlam na zewnatrz. Stalismy tam ziewajac i trzesac sie z zimna, az po kilku minutach ktos alarm wylaczyl. Moglismy wrocic do pokoi, choc kolejnego dnia oczywiscie wszyscy skarzyli sie, ze potem bylo ciezko zasnac. A najlepsze, ze calkiem sporo osob, alarm... przespalo! Faktycznie w pokoju brzeczenie bylo mocno przytlumione, ale mnie obudzilo blyskajace swiatlo. Najwyrazniej jednak niektorzy byli tak wykonczeni, ze mozna by im swiecic latarka prosto w twarz, a i tak sie nie obudza. :D

Wtorek zaczal sie pobudka pozniejsza, bo bylam na miejscu. Umowilam sie jednak z moja mala grupka, ze pojdziemy na sniadanie razem o godzinie 7 rano. Zeby bylo smieszniej, akurat mialam wychodzic z pokoju, kiedy... znow wlaczyl sie alarm! :O Poniewaz pozostalo mi tylko zalozyc buty, wiec spokojnie ruszylam na sniadanie. Okazalo sie, ze niepotrzebnie tak sie spieszylismy, bo zjedlismy, posiedzielismy, a pozniej musialam wrocic do pokoju po plecak i pojsc na zajecia, moglam zas przyjsc pozniej i wziac wszystko od razu ze soba. W dodatku, wzielam ze stolowki dwa kubki z kawa, taszcze je wiec, jest mi nieporecznie, wygrzebuje z kieszeni karte do pokoju i... zonk. Nie dziala! Probuje raz, drugi i trzeci i nic! Mialam juz wizje, ze bede musiala z tymi kubkami maszerowac na recepcje, ale poratowala mnie pani sprzatajaca, ktora ma karte otwierajaca wszystkie pokoje. Chwycilam swoje rzeczy i ruszylam na "lekcje", po drodze zachodzac na recepcje, zeby powiedziec im o karcie. Pani probowala od razu wyrobic mi nowa, ale maszynka kodujaca sie... zaciela. :D No po prostu wszystko opada! Zajecia okazaly sie niemozliwie nudne. Prowadzaca opowiada ciekawie, ale jednak nauka o rozncyh osobowosciach traci mi durnowata psychologiczna sieczka. Nie umniejszajac psychologom, ale co to ma wspolnego ze szkoleniem do pracy?! Wyrywaja mnie z domu, umieszczaja w syfiastym "akademiku", po to zeby sluchac czy jestem racjonalista czy wizjonerem?! Serio?! Przerwe na lunch mielismy o godzinie 11, co tez bylo beznadziejne, bo kompletnie nie bylam jeszcze glodna po sniadaniu. Wiedzialam jednak ze potem ciezko bedzie wytrzymac do kolacji, wiec poszlam. Tym razem jedzenie bylo w stylu meksykanskim, wiec akurat mnie bardzo podpasowalo. Pozniej niestety trzeba bylo wytrzymac kolejne godziny na zajeciach, choc litosciwie skonczyly sie tuz po 15. Pytanie tylko co zrobic z taka iloscia czasu, kiedy jest sie na totalnym zadupiu i bez auta. Tym razem pani na recepcji udalo sie wyrobic mi nowa karte, wiec przynajmniej dostalam sie do wlasnego pokoju. Zadzwonilam do malzonka, a potem stwierdzilam ze sie przejde. Jak na poludnie, ktore zreszta darze ogromna sympatia, bylo raczej chlodno, ale w dlugich spodniach oraz bluzie, idac zwawym krokiem, nie zmarzlam.

Palmy, widze palmy!

Zrobilam koleczko po terenie, po czym wrocilam do pokoju, chwile odsapnelam i o 18 poszlam na kolacje. To tez do doopy, ze serwuja ja juz od 16:15, ale tylko do 19. Poszlam jak najpozniej, bo wiedzialam, ze inaczej ciezko mi bedzie wytrzymac caly wieczor. Po kolacji, z dwiema dziewczynami zrobilam kolejne male koleczko i w koncu wrocilam do pokoju. Cala w stresie wzielam prysznic, balam sie bowiem, ze tym razem to ja przyczynie sie do kolejnego alarmu. Jakos udalo mi sie go uniknac, choc kiedy wyszlam z lazienki, szybko zamknelam drzwi i zostawilam jeszcze na chwile wlaczony wiatrak. Da sie? Da. Pozniej juz posiedzialam przed komputerem. Nie chcialo mi sie nawet za bardzo wlaczac telewizji, choc podobno mamy niezly wybor kanalow. Jakos mnie nie ciagnie.

W srode powtorka z rozrywki, choc bez alarmu w srodku nocy. :D Wstalam jednak troche pozniej, bo stwierdzilam, ze takie bieganie w te i we wte rano bylo bez sensu. Tym razem wyszykowalam sie, spakowalam co trzeba i poszlam na sniadanie juz z calym plecakiem. Przed stolowka jest specjalna lawa, bo nie mozna ich brac do srodka. Caly rzad czarnych plecakow, wiec cieszylam sie, ze w moim z bocznej kieszeni wystaje butelka wody. Troche latwiej go rozpoznac. ;) Aha! Kiedy sie ubieralam, znow wlaczyl sie alarm! Ktos w naszym budynku nie potrafi wyciagac wnioskow najwyrazniej! :/ Akurat bylam polnaga, wiec zignorowalam brzeczenie i blyskanie i spokojnie szykowalam sie dalej. Po chwili ktos alarm wylaczyl. Sniadanie to wlasciwie staly repertuar. Wzielam jajecznice oraz gofry, ale okazaly sie tak ociekajace tluszczem, ze ledwie dalo sie je jesc. Przed wyjsciem chwycilam jeszcze kubek z kawa i moglam isc na zajecia. Tego dnia jeszcze ciezej bylo sie skupic i caly czas ziewalam, a jak na zlosc, instruktorka trzymala nad dluzej. Choc i tak nie powinnam narzekac, bo wedlug rozpiski powinnismy konczyc okolo 17, a skonczylismy okolo 15:30. Wiekszosc dnia zeszla podobnie, czyli o 11 przerwa na lunch, potem kolejne kilka godzin lekcji i mozna bylo wrocic do pokoju. Tym razem klucz nie zaszwankowal. ;) Zadzwonilam do M. i przy okazji pogadalam z synem, bo ojciec przekazal mu telefon. Bi miala tego dnia zawody w sasiednim miescie i wrocila dopiero o 19:30. :O Pytalam potem jak jej poszlo i podobno uplasowala sie mniej wiecej w polowie. Jak na pierwszy sezon z lekkoatletyka i pierwsze zawody, to chyba calkiem przyzwoicie. Po rozmowie z mezem i synem, poszlam jeszcze zrobic koleczko, ale tego dnia potwornie wialo.

Z daleka podziwialam ogromne, wojskowe statki (zdjecie nie oddaje ich rozmiaru!), ale fotka z daleka i cichcem, bo niby pstrykac nie wolno ;) 

Mimo ze swiecilo slonce i mielismy niby 18 stopni, odczuwalna temperatura wynosila ledwie 13. Spacer zaliczylam wiec dosc krotki, ale dobra i ta odrobina swiezego powietrza. O 18 poszlam oczywiscie na kolacje, a pozniej juz siedzialam w pokoju. Ponoc mlodsza czesc naszej grupy planuje w piatek runde po barach w miescie, ale ja sie na to zbytnio nie pisze. :D

Czwartek oznaczal znowu poranna pobudke, bieg na sniadanie, a nastepnie zajecia. Ta psychologiczna sieczka o pozytywnych rozmowach jest zupelnie bez sensu, bo dotyczy glownie rozmow miedzy pracownikami, a szefostwem. Tymczasem wiadomo, jesli szef oznajmia ze mamy cos robic, lub robic w konkretny sposob, oznacza to, ze nakaz albo idzie "od gory", albo kierownik ma takie widzimisie, uwaza ze pomysl jest swietny i latwo nie ustapi. Nie pomoga spokojne argumenty i proby uglaskania falszywymi komplementami.

Rano przyjechal bus z raryrasem - pokruszonym lodem z sokami smakowymi. Moj to kwasna niebieska malina - pycha! 

Mielismy oczywiscie przerwe na lunch, a pozniej powrot do sali na kolejne godziny sluchania tych pierdol. Skonczylismy w miare wczesnie i rozczarowujaca byla tylko decyzja, o ktorej spotkamy sie kolejnego dnia. Mielismy niby przyjsc wylacznie podpisac liste obecnosci i wypelnic ankiete o zajeciach. Propozycja byla o 8:30, czyli jak zwykle, o 9, lub o 9:30. Ja glosowalam na srodkowy czas, zeby moc po sniadaniu wrocic jeszcze na moment do pokoju i naladowac bateryjki. Niestety, znakomita wiekszosc zaglosowala na najwczesniejsza godzine. Jesli jednak liczyli ze dzieki temu uwiniemy sie wczesniej, to sie rozczarowali. Prowadzaca powiedziala ze po zrobieniu ankiety mozemy posprawdzac maile, a ci, ktorzy nie maja zrobionych wszystkich wirtualnych szkolen, moga nad nimi popracowac. Ten dzien byl bowiem w grafiku oznaczony jako wlasnie czas wolny na ich przerobienie. Tyle, ze juz przy grupie, ktora odhaczyla to szkolenie w styczniu, okazalo sie ze wiekszosc ludzi miala je zrobione. Ja rowniez, bo kiedy nie wyjechalam w marcu, mialam dosyc czasu zeby nad nimi posiedziec. Niektorym osobom jednak szefostwo powiedzialo jasno, ze maja je zrobic tutaj. Co ciekawe, organizatorzy wyciagneli wnioski i nastepna grupa juz bedzie musiala skonczyc wirtualne lekcje przed wyjazdem. Nie beda musieli ich robic tutaj, a za to wyjada wczesniej do domu. Niesprawiedliwe. :/ Tak czy siak, pani prowadzaca oznajmila, ze wypusci nas okolo lunchu. Bez sensu, bo kazdy z nas wolalby posiedziec i porobic co tam musi we wlasnym pokoju, a nie w sali, otoczona 40 osobami. :/ Po zajeciach wrocilam do "akademika", zadzwonilam do malzonka, a pozniej poszlam sie przejsc. W koncu nadeszlo ocieplenie. Rano bylo zimno - 8 stopni, ale po poludniu mielismy juz 21. Zalozylam dlugie spodnie, bo nadal wial chlodny wiatr, ale wystarczyl mi krotki rekawek oraz sandaly. Bluze przewiazalam w pasie i tylko mnie draznila, bo grzala w plechy. ;) Wrocilam do pokoju i przed pojsciem na kolacje poczytalam troche ksiazke. Moja mala grupka znow spotkala sie w jadalni, a potem spacerkiem wracalismy do "domu", wygrzewajac kosci w sloncu. Chwycilam sobie na pozniej kawalek ciasta oraz kubek kawy, mialam wiec zajete rece i musialam kombinowac z karta do drzwi. Te zas, juz po raz kolejny sie... nie otworzyly! :O Wkurzylam sie nie lada, bo zawsze mi sie to zdarza jak taszcze nadprogramowe obiekty i tak musze maszerowac spowrotem na recepcje. Tu na szczescie pani udalo sie wyrobic mi kolejna karte bez problemu, ale te dodatkowe kroki nie byly mi potrzebne. Z racji ze jestem bez auta, a tutaj wszedzie trzeba przejsc, bo budynki sa rozrzucone, do tego z nudow chodze na spacery, wiec nabijam (jak na mnie) niesamowita liczbe krokow. Codziennie ponad 10,000, a we wtorek, nie wiem jak, prawie 14,000. :O W kazdym razie, wieczor spedzilam juz troche czytajac ksiazke, a troche siedzac w necie, choc internet dziala tutaj raz lepiej, raz gorzej.

W koncu doczolgalam sie do piateczku. Tego ranka juz naprawde mozna bylo poczuc cieplo. Po poludniu zrobily sie 24 stopnie i patrzylam ze zdziwieniem na ludzi, ktorzy chodzili w bluzach. Rano mielismy jeszcze zajecia, ale wbrew temu co prowadzaca mowila dzien wczesniej, juz okolo 10 wszyscy pomalu zaczeli sie wykruszac. Ja tez wrocilam do pokoju troche posiedziec, ale o 11:30 poszlam na lunch, bo na pozniej mialam juz plany. Z kolezanka z biura postanowilysmy polazic po starej czesci Charleston, z racji ze zadna z nas nie lubi lazic po barach, ani ogolnie zbyt dlugo sie szwendac. Niestety, wydostanie sie z naszej bazy to nie lada wyczyn, bo busy jezdzac reguralnie tylko na lotnisko, a zeby zamowic Uber'a, trzeba dojsc 1.5 km do bramy wjazdowej. Zlapalysmy nasz transport i w niecale pol godziny dojechalysmy do centrum miasta. Polazilysmy po starych uliczkach, podziwiajac budynki oraz widoczki.

To byl teren przy kosciele i wsrod tej bujnej roslinnosci mozna bylo znalezc stare, rozmyte kamienie nagrobne

Jedna z ladnych uliczek

Te najstarsze, brukowane, byly chyba najladniejsze

"Ananasowa" fontanna. Ciekawe skad wziela sie nazwa... :D

Jak w pierwsze kilka dni bylo chlodno, tak teraz zrobilo sie goraco, choc i tak nie bylo slynnej, poludniowej wilgotnosci. Nie chcialo nam sie jesc, wiec kupilysmy tylko lemoniade i lody, zeby sie schlodzic. Doszlysmy nad zatoke z fontanna widoczna wyzej, a pozniej ponownie skrecilysmy w glab.

Piekna rabata; tutaj jest juz pozna wiosna, albo wrecz poczatek lata

Bulwar na nadbrzezu byl sliczny, a bryza orzezwiala

Hiszpanski mech (ktory jest porostem) na drzewie

Ogolnie, Charleston mi sie podobalo, choc zdecydowanie bardziej zachwycilo mnie kiedys St. Augustine na Florydzie. Tam chcialabym kiedys wrocic, tutaj bedzie na zasadzie "moge, ale niekoniecznie". Wrocilysmy w koncu do bazy, gdzie trzeba sie bylo wylegitymowac, a pozniej, powloczac nogami, poczlapalysmy spowrotem 1.5 km do naszego "akademika". Byla 17 i jak klaplam na fotel, tak juz nie chcialo mi sie nigdzie ruszac. Z trudem zmusilam sie zeby o 18 pojsc na kolacje. Niestety, nie zalapalam sie juz na kawe, co mnie troche poirytowalo, bo wygladalo ze panie w ogole jej nie zaparzyly, bo po co. Dobrze ze mialam nadal kapsulki, ktore kupilam sobie w sklepiku. Po powrocie do pokoju, zadzwonilam do rodziny, gdzie Potworki byly cale szczesliwe bo zaczynaly ferie wiosenne. Pozniej wzielam prysznic (i nie wlaczylam alarmu! :D) i klaplam juz na dobre w fotelu.

W ten sposob jakos przetrwalam tydzien wyjazdu. Do poczytania!

sobota, 4 kwietnia 2026

Szybkim krokiem do Wielkanocy

W sobote, 28 marca, wszyscy moglismy pospac do woli. Tak, nawet M. z sukcesem zaliczyl choc jeden miesiac, gdzie musial wziac wszystkie soboty wolne zeby miec wymagane 4 dni. Obawiam sie, ze w kwietniu, z racji Wielkanocy, juz tak pieknie nie bedzie. ;) Oczywiscie dla kazdego z nas, spanie do woli oznaczalo co innego, bo malzonek zerwal sie tuz po 6, Bi po 7, a moj budzik zadzwonil o 8:30, ale przysnelam do 9, po czym wpakowala mi sie na klate Oreo, wiec grzecznie nie ruszalam sie az zejdzie.

Tak sie wcisnela, ze ciezko bylo zrobic jej zdjecie ;)

A pani sobie czegos zyczy?

Ostatecznie zwloklam sie o 10, ale kiedy zajrzalam do Kokusia, ten spojrzal na mnie nieprzytomnie, po czym... zakryl glowe koldra i poszedl dalej spac. :D Nie dziwie sie, bo kiedy kladlam sie w piatek wieczorem, bylo po polnocy i kawaler nadal nie spal. Co prawda Bi tez nie, a jednak zerwala sie skoro swit, ale ona to jest urodzony ranny ptaszek. ;) Kiedy zjadlam i ogarnelam higiene osobista, chwycilam jak zwykle za odkurzacz oraz mopa, zeby doprowadzic parter do jako takiego stanu. Ogolnie dzien minal troche bezjajowo, bo poza sprzataniem, obejrzalam obowiazkowo skoki narciarskie, poskladalam jedno pranie, wstawilam kolejne, a do tego musielismy oczywiscie zaliczyc kosciol. Kolejnego dnia miala byc niedziela palmowa, wiec msza byla jedna z moich najmniej lubianych - niemozliwie dluga, a czytanie na role meki panskiej rok w rok sprawia, ze mam ochote kogos ugryzc. ;) Zgrzytajac zebami, ale jakos sie przemeczylam, po czym mozna bylo wrocic do chalupy i napalic w kominku. Ostatnio mamy straszne wahania temperatury i w sobote byly tylko 3 stopnie, a przy tym porywisty wiatr, ktory sprawial, ze odczuwalna temperatura byla jeszcze nizsza. Po wzieciu prysznica, z blogoscia zasiadlam przy ogniu zeby powygrzewac stare kosci. Przy sprzataniu naszla mnie refleksja, ze kompletnie nie czuje Swiat i nie jestem na nie gotowa. I to doslownie. Poniewaz zaraz po Wielkanocy wyjezdzam, nie wyciagnelam ani jednej ozdoby swiatecznej, zeby potem zajace i jajka nie walaly sie bez sensu. Jakies tam zakupy porobilismy z M.; on w Polakowie, ja w zwyklym supermarkecie. Caly czas mam jednak wrazenie, ze o czyms nie pamietam. Na szczescie nie bedzie nas duzo, bo tylko nasza czworka, chrzestny Potworkow oraz jego "dziewczyna". Moj tata bedzie w Polsce, gdzie zreszta zaplatal sie na Wielkanoc przez przypadek. Twierdzi ze spojrzal w kalendarz kiedy rezerwowal bilet, specjalnie zeby ominac Swieta, ale popatrzyl na zly rok. Nie wiem jak to mozliwe. :D Do tego, przez robote, nie moge na spokojnie posprzatac w chalupie, wiec obawiam sie, ze nie bedzie sie prezentowac tak, jak powinna. Pracuje nawet w piatek, choc planuje zostac w domu, wiec moze co nieco zaczne przygotowywac, miedzy zerkaniem w kompa. Tak naprawde, zamiast myslec o swiatecznych przygotowaniach, po glowie krazy mi lista rzeczy do spakowania. Do bani ze pomiedzy pichceniem oraz pieczeniem babek, bede musiala pakowac walizke. :/

Niedziela zaczela sie identycznie jak sobota. Obudzilam sie, a kiedy jeszcze dolegiwalam w lozku, wladowala sie do niego Oreo i nie "pozwolila" mi wstac az prawie do 10. ;) Pozniej juz sniadanie i ogarnianie sie, ale totalnego snucia nie bylo, bo na 11 musialam zawiezc Bi na szkolne boisko. Mlodziez dostala opcje dodatkowego treningu. Irytujace bylo, ze trenerzy wczesniej powiedzieli ze w weekend, ale ze dadza znac ktorego dnia i o ktorej godzinie. W piatek nic nie przyszlo, w sobote rano tez, wiec zalozylismy ze jednak sie nie odbedzie. Tymczasem w sobotni wieczor, kiedy akurat jechalismy do kosciola, Bi dostala maila ze ma byc on kolejnego dnia o 11 rano. Planow zadnych nie mielismy, wiec wzruszylam ramionami, ze ok, moge ja zawiezc, choc nie znosze takiego zawiadamiania na ostatnia chwile. Odwiozlam wiec corke pod szkole i wrocilam do domu, ale nie dane mi bylo w nim dlugo posiedziec, bowiem na 12:15 musialam zawiezc syna na urodziny kolegi.

Entuzjazm jeszcze nadal trwa ;) 

Rodzice chlopaka zebrali bande 13-14-latkow i zabrali ich na go karty. Nik oczywiscie zachwycony, ja troche mniej taka jazda w kolko. Zeby bylo smieszniej, wrocilam znow do chalupy o 12:25, chwile pozniej przyjechal moj tata, a o 13 Bi konczyla trening i trzeba bylo ja odebrac! Na szczescie, mniej wiecej w tym samym czasie co dziadek, dojechal z pracy M., wiec pojechal po corke. Panna wrocila zachwycona, opowiadajac z entuzjazmem o treningach i jak to ona kocha skakanie o tyczce. Hmmm... slyszalam juz kiedys podobne zachwyty o pilce noznej, a nastepnie o plywaniu. W obu przypadkach dosc szybko sie skonczyly... ;) Dziadek przyjechal pozniej, wiec posiedzial prawie do 16. Wkrotce po jego odjezdzie, mama kolegi napisala, ze juz wracaja i za chwile beda w domu. Malzonek polozyl sie wczesniej na drzemke, wiec pojechalam po Kokusia. Kiedy dojechalam, gromada grala na podjezdzie w kosza.

Lepiej koszykowka niz gdyby kazdy siadl i gral na telefonie ;) 

Zabralam syna, wrocilismy i mialam wrazenie, ze dopiero wtedy zaczela sie moja niedziela. ;) Bylo troche relaksu na kanapie, ale tez trzeba bylo sie szykowac do roboty. Szczegolnie, ze zgodnie z wytycznymi, nawet gdybym chciala, po pracy z domu w piatek, nie moglam pracowac zdalnie w poniedzialek. :D

Zerwalam sie po 6, choc nie bylo zle, bo po weekendzie zawsze jestem wypoczeta, wiec nie mam problemu ze wstaniem. Zebralam sie, zgarnelam mlodziez, rozwiozlam ich po szkolach, po czym pojechalam do biura. Tam poczatkowo bylam sama, ale w ciagu kolejnej godziny pojawily sie dodatkowe "az" 4 osoby. ;) Na lunch nawet zasiedlismy razem z jedna dziewczyna i chlopakiem, wiec mozna powiedziec ze mialam namiastke zycia towarzyskiego. ;) Dzien ogolnie jednak mijal na walce z problemami technicznymi. Mam obecnie otwarte 5 roznych "bilecikow" u ludzi z IT. Najgorsze, ze przy kazdym mialam juz przynajmniej jedna rozmowe z panem/pania technik i nie mogli naprawic tego, co sie popsulo, wysylalam wiec kolejne wiadomosci, albo dzwonilam proszac o dalsze wsparcie. Zalamka. :/ Tymczasem kolega z poprzedniej inspekcji pytal o szczegoly z tego, co sprawdzalam, a ja nie moglam otworzyc swoich notatek. :/ Poznym popoludniem, w koncu zadzwonil ktos kumatszy i naprawil mi jedna sprawe, wiec moglam koledze przeslac dane, o ktore prosil. Choc musze nadmienic, ze wczesniej napisal mi zebym mu strescila doslownie 1-2 zdania o tym, co sprawdzilam. Wyslalam mu to juz w poprzedni poniedzialek, a on teraz nagle prosi o jakies szczegoliki! No, zdecyduj sie chlopie! Drugi problem techniczny naprawilam sama. :D Byl nim taki test, o ktorym pisalam juz chyba, ze nie otwieral sie poprawnie i kompletnie zawieszal mi laptopa. Ten test jest ponoc tak skonstruowany, zeby nie mozna sie bylo polaczyc do niego zdalnie (choc ja i tak robie to przez internet, wiec nie wiem o co biega) i ma roznorakie zabezpieczenia przed oszustwami. Rozni ludzie z IT kombinowali, kazali zmienic przegladarke, itd. Mnie zas zastanawialo dlaczego, kiedy probuje test otworzyc, on pokazuje sie na drugim ekranie, ktory mam w biurze, zas ekran laptopa robi sie czarny. Ten drugi "telewizorek" mam ustawiony zeby pokazywal dokladnie to samo, co mam na laptopie i uzywam go po prostu zeby powiekszyc sobie obraz i trzcionke, bo moj laptop jest malusienki, a ja slepa. ;) W kazdym razie, kiedy wszelkie proby komputerowcow zawiodly, postanowilam zrobic maly eksperyment. Odlaczylam drugi ekran, ale tez odlaczylam kabel z sieci. Pisalam juz chyba bowiem, ze budynek jest stary i nie mamy wi-fi, tylko podlaczamy sie kablem, jak za starych, dobrych czasow. ;) Tak wiec, polaczylam sie z netem za pomoca telefonu, odlaczylam drugi ekran i... test zadzialal! Ha! Nie wiem czy chodzilo o siec; podejrzewam raczej ze to ten drugi ekran cos mieszal, ale najwazniejsze ze dziala. Babka, z ktora sie ostatnio komunikowalam, przyslala mi kolejny, "probny" test i tez otworzyl sie bez problemu. Zastanawiam sie tylko czy na pewno wszystko "naprawilam", bo u nas wszyscy maja dodatkowe ekrany w biurach, a nikt nie zglaszal takiego problemu. No, ale teraz nie bede sie o to martwic; pomartwie sie jak bede musiala odhaczyc faktyczny egzamin. ;) Po pracy zajechalam w korkach do chalupy, ale tylko weszlam i musialam z corka jechac do obuwniczego. Panna potrzebowala buty do biegania na lekkoatletyke, choc spodziewalam sie ze bedzie potrzebowac takich z kolcami, a jednak nie. Musiala miec jednak cos dobrze dobranego do stopy i z porzadna amortyzacja. Ze szkoly dostalam maila, ze maja podpisana umowe z pobliskim sklepem ze sportowym obuwiem i dostaja znizke. Naiwnie pojechalam tam i myslalam, ze padne z pustego smiechu. Znizka na zawrotne $10, zas ceny obuwia powyzej $160. Wymierzyli Bi noge na wszystkie strony, specjalna maszyna oznaczyla gdzie stawia najwiekszy nacisk przy chodzie, itd. Za te wszystkie elektroniczne pomiary i cuda niewidy jednak sie placi. :/ W dodatku, Bi ma mala stope, ale dosc szeroka. Pierwsze kilka par okazalo sie za waskie. W koncu pan doszukal sie szerszych, ale w rozmiarze panny byly tylko dwie pary do wyboru. W jednej cos Bi uwieralo, wiec skonczylo sie na drugiej. Ona zachwycona, bo marka Hoka, o ktorej marzyla dlugi czas, ja mniej, bo portfel zaplakal. Z ta powalajaca na kolana znizka, zaplacilam $176. :O Pocieszam sie tylko, ze pannie juz stopa nie rosnie, wiec buty powinny starczyc jej na dlugo. Nie sadze zeby zdarla je kompletnie w czasie jednego sezonu lekkoatletyki. Obawiam sie tylko, ze kiedy zaczna sie zawody, Bi zacznie jeczec jednak o buty z kolcami, zeby miec lepsza przyczepnosc. Niby nie sa wymagane, ale kolezanki maja, wiec... ;) Wpadlysmy do domu akurat zeby przypomniec Kokusiowi ze ma trening. Mial go zawiezc M., ale ze nie jechal cwiczyc, a ja nawet sie jeszcze nie rozebralam, wiec sama go zabralam. Pozniej moglam w koncu wejsc do chalupy na nieco dluzej i zjesc obiad, albo raczej obiadokolacje, bo byla 18:45. :D Malzonek poszedl spac, wiec godzine pozniej pojechalam po syna.

Nie wiem dlaczego byl taki zaskoczony ;)

Myslalam, ze wpadne kiedy juz beda sie przebierac, ale okazalo sie, ze zalapalam sie jeszcze na kilka minut treningu. Pozniej nareszcie moglam zaczac wieczor. To byl dluuugi dzien. ;)

Nie tylko dla mnie, jak widac :D

Wtorek to pobudka nieco trudniejsza, bo w nocy kiepsko spalam. Mielismy kilka dni letnich temperatur. W poniedzialek bylo 20 stopni, sypialnie sie nagrzaly, a kladac sie spac M., nie wiem po co zamknal okno oraz drzwi. Kiedy tam pozniej weszlam, malo sie nie przewrocilam od zaduchu! Uchylilam troche okno, ale i tak cala noc zeszlo zanim temperatura spadla do znosnego poziomu. Nie dosc jednak, ze bylo duszno, to jeszcze obudzil mnie budzik malzonka (ktorego zwykle nawet nie slysze), a potem pecherz. Kiedy wrocilam do lozka, kompletnie nie moglam zasnac. Rano bylo ponuro i padal deszcz, co tez nie ulatwialo zwleczenia sie z wyrka. Nie bylo jednak wyjscia, trzeba sie bylo doprowadzic do stanu uzywalnosci, zgarnac mlodziez i ruszyc na podboj biura. Tutaj niespodzianka, bo byly dwie dziewczyny, jedna z ktora zaczelam, a druga Polka, wiec bylo z kim pogadac. Poza tym co jakis czas wychodzilam na korytarz, zeby przez okno po drugiej stronie budynku, spojrzec na moje auto. Dzien wczesniej, kiedy wyszlam z pracy, znalazlam urocza karteczke przyklejona do szyby.

Bardzo niefajna niespodzianka :/ 

Kliknelam na kod QR, ale pokazalo ze nie znaleziono wykroczenia. Zeby nie bylo, appka parkingu pokazywala ze mam jeszcze godzine. Sprawdzilam tez numery rejestracyjne, myslac, ze moze cos zle wbilam, ale nie. Nie bylo wiec zadnego powodu zeby wlepiac mi mandat. Na wszelki wypadek napisalam jednak do ludzi zarzadzajacych parkingiem, tyle ze komunikacja okazala sie baaardzo opieszala. Odpowiedz na mojego maila przyszla dopiero kolejnego dnia w poludnie i to bez konkretow, ot zeby przeslac im kopie oplaty parkingowej. Wyslalam i... kolejne godziny ciszy. Ja tymczasem wychodzilam co i rusz, zeby sprawdzic czy bede miala czym wrocic do domu. :/ Dopiero tuz przed 16 dostalam odpowiedz, ze nie znalezli zadnego wykroczenia i ktos z pracownikow musial sie pomylic. Suuuper. A ja tu panikuje. :/ Wrocilam do domu, gdzie czekal mnie juz spokojny wieczor pod znakiem skladania, wstawiania i przekladania prania. Zwariuje z moimi dzieciakami! Co oproznie brudownik, to ktores przynosi swoj i zapelnia go tak, ze wieko sie nie domyka! Malzonek zabral Kokusia na basen, ale sam zostal na silowni, wiec nie musialam nigdzie jezdzic. Ponownie mielismy piekny dzien, lato w ostatni dzien marca, wiec chwile postalam na tarasie i popatrzylam na przelatujace ptaszydla. Nawet Maya nie pchala sie do domu, tylko uwalila na kostce i przygladala sie kotu, ktory cierpliwie patrolowal ogrod. Okazalo sie tez, ze w nocy przeszedl nam przez podjaz niedzwiadek, ale zlapala go tylko duza kamera polaczona z telefonem M. W mniejszej rozladowaly sie baterie, wiec nic nie widzialam dopoki malzonek mi nie pokazal.

W srode planowalam pracowac z domu, wiec moglam pospac troszke dluzej i wstac tylko na tyle wczesnie, zeby zawiezc mlodziez do szkol. Bi debatowala z kolezanka czy nie wziac rowerow, bo szykowal sie kolejny, wrecz goracy, dzien. Poniewaz jednak zapowiadano mozliwy deszcz a nawet burze, a do tego akurat moglam je po poludniu odebrac z treningu, wiec w koncu stwierdzily ze pojada ze mna. Odwiozlam dziewczyny, a potem Kokusia i wrocilam do domu. Przyznaje, ze nie bylam tego dnia grzecznym pracownikiem i niecnie wykorzystalam zdalna prace na zalatwienie prywatnych spraw. :D Musialam zawiezc tate na autobus, ktory zabieral go na lotnisko, a jak juz wyruszylam z domu, to podjechalam jeszcze do weterynarza po tabletki dla psiura. Niestety, Maya sie starzeje i cos mi sie widzi, ze corac czesciej bedzie cos "wyskakiwac". Teraz w moczu ponownie wyszly bakterie oraz bialko, wiec znow dostala antybiotyk, a do tego ma podwyzszone markery watrobowe i pani doktor stwierdzila ze trzeba jej dac cos na watrobe. Myslalam, ze bedzie to lek, a tymczasem tabletki okazaly sie suplementem. Coz, nie bardzo wierze w suple, ale ok, moge podac. Pozniej okazalo sie jednak, ze Maya, ktora zwykle polyka wszystkie tabletki jak przysmaczki, tego suplementu nie chciala i koniec. Memlala i wypluwala. :/ W koncu musialam obtoczyc go w masle orzechowym i na szczescie tu juz polknela bez mrugniecia. Tak przy okazji, wiem ze w Polsce maslo orzechowe nie jest zbyt popularne; ja sama za nim nie przepadam, ale jesli macie psiura, ktory nie chce polykac tabletek, to polecam! Wystarczy troche maslem pomaziac i wiekszosc psow polknie nawet sie nie zastanawiajac. Swietnie tez lapie sie na nie myszy w pulapki. :D A wracajac do wizyty u weta, to znow sie podlamalam ich tempem pracy. Pisze dzien wczesniej, ze przyjade po tabletki. Myslicie, ze wszystko bylo gotowe? A gdzie; dopiero kiedy sie pojawilam zaczeli pakowac i odliczac pigulki. :/ Powinnam tylko wejsc, wziac co trzeba i wyjsc, tymczasem krazylam po poczekalni 15 minut... W dodatku, spytalam o recepte na te tabletki na sikanie, ktora ostatnio mi wypisali. Pani doktor wypisala recepte na 45 tabletek, a tymczasem lek sprzedaja w paczkach po 30, wiec moge zamowic albo tyle, albo 60. Pytam czy ktos moglby to poprawic. Nie, bo weta nie ma, a musialby wypisac recepte od nowa. I moge albo zamowic 30, albo zostawic im ta recepte i oni dadza pani doktor znac. Poniewaz ostatnio nie moglam sie tych tabletek uprosic, wiec teraz stwierdzilam, ze wole od razu zamowic mniej i pozniej blagac o kolejne... A najlepsze, ze kiedy krazylam po poczekalni, w ktoryms momencie, w drugim pomieszczeniu mignela mi... weterynarz! Czyli co to za bajeczki, ze jej nie ma?! Nie mam pojecia o co chodzilo... Po wizycie u weta zajechalam tylko do biblioteki wrzucic ksiazke i moglam juz w koncu wrocic do domu, ale caly objazd i czekanie, zajely mi 2 godziny. Na szczescie, z tego co wiem, sporo osob z pracy pobralo juz urlopy przed Swietami, wiec na szczescie nikt mnie nie szukal.

Pokazalam to zdjecie Bi, zeby wiedziala ze jesli bedzie jej brakowac elementow, to wiemy czyja to sprawka ;) 

Przez reszte dnia staralam sie juz byc bardziej produktywna, ale wyszlam tez wyrzucic smieci i wstawilam odkamienianie w ekspresie do kawy, choc to akurat robi sam, trzeba tylko dolewac wody. ;) Zmienilam tez filter i wyszorowalam dzbanek, w ktorym filtrujemy wode i z rozpedu czajnik, choc zostaly na nim jakies dziwne zacieki, ktorych nie moglam doszorowac nawet ostra strona gabki. Wrocil ze szkoly Nik, a M. nieco pozniej bo zajechal jeszcze na zakupy. Nie planowalam juz wiekszej wyprawy do sklepu przed Wielkanoca, wiec dokupil tylko troche rzeczy, ktore zwykle szybciej schodza, zeby starczylo na kolejny tydzien. Poniewaz bylam w domu, powiedzialam dziewczynom rano, ze odbiore je z treningu. Chcialam oczywiscie podejrzec jak Bi sobie radzi, wiec wyjechalam troche wczesniej. Niestety, kolejny raz mialam pecha. Zajechalam pod szkole, a na biezni nikt nie biega, nikt nie skacze, za to na boisku (ktore bieznia otacza) jest mecz lacrosse. Pomyslalam, ze trening sie juz skonczyl, wiec napisalam do Bi ze jestem, myslac ze od razu zgarne panny i wroce. Taaa... Okazalo sie, ze tego dnia w ogole nie mieli treningu, tylko jakies spotkanie w auli, a po nim dziewczyny, zamiast napisac do mnie ze moge je odebrac wczesniej, stwierdzily ze pojda pobiegac. No i super, tylko Bi oczywiscie wymiekla i wrocila do szkoly, za to jej kolezanki (w tym sasiadka, ktora rowniez zabieralam) przepadly. Na dodatek, zadna nie zabrala telefonu, a zegarki mialy za slaba lacznosc zeby sie z nimi skontaktowac. Baaardzo odpowiedzialnie. :/ Dochodzila juz godzina kiedy konczylyby normalnie, wiec lekko sie wkurzylam i szczerze przeszlo mi przez mysl zeby sasiadke zostawic i napisac jej mamie zeby ja odebrala kiedy dziewcze laskawie wroci. Miala jednak szczescie, bo przybiegla spozniona tylko kilka minut. Okazalo sie, ze pamietala zeby wrocic na czas, tylko ze zapuscily sie nieco za daleko.

Ida w koncu, zarazy dwie :D 

No ale w koncu obie pannice wladowaly sie do auta, odwiozlam kolezanke Bi i moglysmy wrocic do domu. Poniewaz dzien mialam ogolnie dosc pracowity, to z rozpedu wyszorowalam nasz prysznic i wanne u dzieci, ktora w tej chwili jest wanna Kokusia, bo Bi upiera sie kapac u nas. ;) Po pieknych trzech dniach, poznym popoludniem nagle spadl deszcz, a po nim temperatura zaczela spadac na leb na szyje. Zla bylam na siebie, bo chcialam wykapac Maye, ale stwierdzilam ze zrobie to pozniej z Bi. Niestety, zanim panna dojechala, wial juz mocny wiatr i bylo jakies 14 stopni, wiec nie chcialam zeby psiur przemarzl.

Czwartek zaczal sie juz wczesniej, bo jechalam do biura. Nie chcialo sie jak cholera, tym bardziej, ze od rana padal deszcz i bylo ponuro oraz spiaco. W dodatku, po trzech dniach "lata", temperatura spadla do 5 stopni, zas w dzien miala sie podniesc ledwie do 7. Rozwiozlam mlodziez i w korkach doturlalam sie do biura, gdzie poza mna byla tylko jeszcze jedna dziewczyna. ;) Ciemny poranek rozjasnil nieco mail, ze choc nie mielismy Wielkiego Piatku wolnego (do bani, bo wiekszosc prywatnych firm nie pracowala), to dostalismy pozwolenie zeby skrocic dzien pracy o 3 godziny. Dobre i tyle. :) Pozniej jednak przyszedl kolejny email, ze osoby planujace skorzystac z tych trzech godzin urlopu, musza w systemie "poprosic" o wolne "administracyjne". Weszlam wiec grzecznie na strone, ale choc o wolne moglam poprosic, to tej konkretnej opcji nie mialam. :D W dodatku, weszlam na inna strone, gdzie musze przez dzien zaznaczac czym sie zajmowalam i na piatek wszystkie opcje zostaly zablokowane, poza "urlopem". Tyle, ze dali go 3 godziny, wiec jak mam niby oznaczyc pozostale 5?! :O Problemy techniczne mnie po prostu zalamuja. Nie mam juz sil dzwonic i wysylac bilecikow co chwila z jakas pierdola... Dzien dluzyl sie niemozliwie, bo i nie mialam za duzo do zrobienia. Szkolenia, ktore mialam wymagane, narazie zrobilam, reszta musi sie aktywowac. W koncu dobilam do konca i w podskokach (prawie) ruszylam na parking. Dotarlam do domu i z miejsca dostalam kiepska wiadomosc - Nik wrocil ze szkoly... chory! :( Katar, bol glowy i ogolnie kiepskie samopoczucie. Oczywiscie ani on, ani M. nie pomysleli zeby zmierzyc mu goraczke, ojciec po prostu dal mu tabletke. Kiedy dojechalam, minelo 1.5 godziny, wiec nie bylo nawet sensu mierzyc. Mlodszy narzekal ze mu zimno i sie pokladal, ale w ktoryms momencie z dosc glosnym entuzjazmem gral z kolega w Minecraft, wiec chyba nie bylo zupelnie tragicznie. ;) No ale niezle sie zalatwil akurat na Wielkanoc oraz dlugi weekend, nie ma co... Ucieszylam sie, ze nastepnego dnia byl Wielki Piatek, wiec przynajmniej nie tracil zajec, bo do szkoly wiadomo ze by nie poszedl. Martwie sie z kolei o siebie, ze zaraze sie i rozlozy mnie akurat na wyjazd. A lot samolotem z katarem oznacza potworny bol uszu; na sama mysl az robi mi sie slabo... Tak czy owak, o basenie nie bylo mowy, wiec relaksowalismy sie w domu, a ze pogoda byla taka a nie inna, to M. napalil w kominku. Od razu zrobilo sie jakos przyjemniej. :)

Kiciul kontemplowal ogien, ale odwrocil glowe kiedy zacmokalam

W piatek pracowalam z domu, a ze Potworki nie mialy lekcji, wiec nie musialam sie tez jakos specjalnie wczesnie zrywac. Nastawilam budzik tak, zeby nieco oprzytomniec i o 8 zejsc na dol i wlaczyc kompa. Troche przeszkodzila mi Oreo, ktora przyszla mruczac i uwalila mi sie na brzuchu. "Spoznilam sie" wiec do pracy, bo jak to tak, zrzucic koteczka?! :D

Zaczelam posta uwalonym na mnie kiciulem i podobnie go koncze ;) 

Przyznaje sie ogolnie bez bicia, ze bylam dzis pracownikiem roku... od konca. Byl Wielki Piatek, a wiec dwa dni do Swiat, wiec moja "praca" ograniczala sie do sprawdzania od czasu do czasu maili. Ktorych zreszta i tak praktycznie nie bylo, bo wiekszosc ludu pobrala wolne lub "pracowala" tak jak ja. ;) W miedzyczasie zabralam sie za sprzatanie, bo Wielkanoc jak zwykle u nas, a w dodatku odczuwam taka wewnwtrzna potrzebe zeby zostawic rodzinie jak najlepiej ogarniety dom. Odkurzylam wiec i pomylam podlogi na gorze. Potworki nie okazywaly entuzjazmu, ale powiedzialam im, ze to ich przestrzen i jak lubia siedziec w syfie to coz, ich wola. W koncu wzieli sie za swoje pokoje, choc dopiero poznym popoludniem. Nikowi bylam sklonna odpuscic, bo rano oznajmil ze czuje sie bez zmian, choc kiedy sie rozbudzil, stwierdzil, ze hmmm... chyba jednak troche lepiej. ;) Ja za to postanowilam odgruzowac jeszcze pie*dolnik przy wejsciu z garazu. Pokoik tam mial byc bawialnia dzieci/pokojem goscinnym/biurem, ale w praktyce stoi pusty (byl zagracony zabawkami, ale w koncu je powyrzucalismy) i zbiera pajeczyny oraz zdechle robactwo i... salamandry. O ile zuczki, muchy, itd. moga wlazic od garazu, o tyle te ostatnie to dla mnie zagadka. Nie mam pojecia jak sie dostaja do piwnicy, ale oczywiscie zdychaja i znajduje takie zasuszone truchelka. :/ Przed kaloryferem zostaly tez zaschniete plamy po wodzie, ktora skapywala z nart oraz butow narciarskich, bo tam je zawsze suszymy. Przy samych drzwiach jest tez stojak na buty, a obok kapcie i klapki M. Tam oczywiscie tez plamy, bo przy deszczu woda skapuje z obuwia, ale tez kupa piachu oraz trawy, lisci i innej materii organicznej. Tutaj to tak naprawde byl moj maly eksperyment, bo choc przez garaz wchodzimy wszyscy, to buty zostawia tam tylko malzonek. On wiec nanosi caly ten burdel obok stojaka, kapcie stoja mu w tym syfie i zastanawialam sie czy w koncu wezmie i to posprzata. Jak sie okazuje, odpowiedz jest przeczaca. Ostatnio sprzatalam tam chyba przed Bozym Narodzeniem i od tego czasu wszystko sie zbieralo, a M. ma najwyzej klapki na oczach i nie widzi. Tudziez uwaza ze to moja robota, bo w przeszlosci bywalo ze burczal, ze ale tam przy garazu syf i trzeba tam zamiesc. Patrzac oczywiscie w moja strone. Jak sie okazalo, poniekad mial racje, bo to ja w koncu nie wytrzymalam i posprzatalam. ;) Poniewaz dostalismy pozwolenie na 3 godziny wolnego, wiec juz o 13, wesolutko zatrzasnelam laptopa i przestalam udawac ze jestem produktywna. ;) Na 14 bylam umowiona na paznokcie, bo chcialam miec ladne na Wielkanoc oraz choc czesc wyjazdu.

Taki wesoly, wiosenny kolorek :) 

Tu zeszlo szybko, a po powrocie usilowalam dzialac dalej z przygotowaniami. Zrobilam dwa prania, choc tylko jedno zdazylam wysuszyc i poskladac, a potem upieklam biala kielbase i pozniej babke cytrynowa. A! przygotowalam tez pisanki, ale ze jestem leniwa, a Potworki sa zbyt "dorosle" zeby malowac jajka, wiec uzylam folii termokurczliwej. :D Mialam jeszcze ugotowac warzywa na salatke jarzynowa, ale juz mi sie nie chcialo... ;) Za to Bi mnie zaskoczyla, bo zglosila sie na ochotnika do kapania Mayi. Z naszym psiurem to nie taka prosta sprawa, bo kapieli nie znosi.

Piesek bedzie mieciutki i pachnacy na Swieta :) 

Probuje uciekac, wiec trzeba ja uwiazywac, a potem i tak usiluje zwiewac na boki, wiec kreci sie w kolko. A w dodatku co chwila sie otrzepuje, wiec czlowiek konczy ta "zabawe" zdyszany i mokrusienki. ;)

No i pozostalo tylko zyczyc Wam...

Wesolych Swiat Wielkiej Nocy!!!