W sobote, 11 kwietnia, planowalam wyspac sie do oporu i zafundowac sobie spokojny, leniwy ranek. Niestety, mimo ze w weekend sniadanie konczy sie troche pozniej, to niewiele, bo juz o 9:15. To oznacza, ze musze wstac o 7:40, zeby sie rozbudzic, wyszykowac, dojsc na stolowke i spokojnie zjesc. Poczatkowo wiec stwierdzilam, ze pierdziele. Wyspie sie i pojde prosto na obiad, ktory zaczynal sie o 11:30. Niestety, moja mala grupka dzien wczesniej nagle stwierdzila, ze chce pojechac na pobliska plantacje herbaty i wyjazd zaplanowala na okolo 10. Co bylo robic; zmusilam sie do zwleczenia z lozka i pojscia na sniadanie. Oczywiscie moglam odmowic, szczegolnie ze dzien wczesniej lazilam po starym miescie w Charleston, ale alternatywa moglo byc spedzenie weekendu krecac sie po bazie i "podziwiajac" w kolko te same widoki. Po sniadaniu wrocilam do pokoju oczekujac szybkiego wyjscia, ale okazalo sie ze kolega musial jeszcze podejsc do sklepiku i w koncu wyjechalismy dopiero po 11. Troche martwilam sie o samopoczucie, bo dzien wczesniej dostalam okres, a temperatury nagle podskoczyly i organizm tez potrzebuje troche przywyknac. Ostatecznie okazalo sie, ze jedyne co mnie dopadlo, to straszny bol glowy po poludniu. Serio, jak malo kiedy glowa mnie boli, bardziej odczuwam takie "zamulenie", tak teraz mialam wrazenie, ze ktos wkreca mi w czolo srubokret. Przyznaje jednak, ze warto bylo sie wybrac. Poludnie Hameryki slynie z plantacji, glownie bawelny oraz tytoniu, ale plantacje herbaty sa tylko dwie - tutaj w Poludniowej Karolinie oraz w Stanie Mississippi. Plantacja okazala sie bardzo urokliwym, spokojnym miejscem.
Poza zbiorem, miejsce to przetwarza herbate na miejscu i mozna bylo z przewodnikiem (telewizyjnym) zwiedzic przetwornie. Szkoda tylko, ze jak normalnie mielibysmy szanse zalapac sie na pierwsze zbiory, tak w tym roku te okolice mialy wyjatkowo chlodna zime, a nawet jeden (:D) dzien sniegu i krzewy jeszcze "budza" sie do zycia. Przetwornia stala wiec pusta. Nauczylismy sie za to, ze wytworzenie herbaty czarnej, oolong oraz zielonej, zalezy wylacznie od czasu jej suszenia. ;) Wykupilismy przejazd wagonikiem po plantacji, gdzie pani opowiadala o historii owego miejsca i pokazala nam kilka poletek.
Okazalo sie, ze jakis bogaty pan, ponad 100 lat temu, jako wielki milosnik herbatki, zamawial ja z Chin. Poniewaz jednak nie lubil dlugo czekac na przesylke, wiec wpadl na pomysl, zeby sprowadzic stamtad krzaczki i sprobowac wyhodowac sobie herbate na miejscu. Niespodziewanie, klimat Karoliny Poludniowej bardzo krzewom herbacianym podpasowal i tak to sie zaczelo. :)
Jedynym rozczarowaniem bylo, ze w jednym ze stawow maja aligatora - rezydenta, ale niestety akurat trwa okres godowy i powedrowal gdzies w poszukiwaniu milosci. :D W sklepiku z pamiatkami wydalam oczywiscie zbyt duzo, ale no przeciez musialam zakupic pudelko ich herbatki, tak? A do tego pare lyzeczek ichniego miodku, kremik i balsam do ust z ekstraktem z herbaty, mydlo i pare innych pierdolek. ;) Za darmo mozna tez bylo poprobowac ich herbaty, zarowno goracej, jak i mrozonej. W koncu ruszylismy w droge powrotna, ale polowa z nas nie jadla w ogole sniadania, wiec chcieli zatrzymac sie gdzies na jedzenie. Mnie juz wtedy strasznie napierdzielala lepetyna, ale co mialam robic. Zamowilam kanapke, lecz zjadlam tylko polowe i poprosilam o zapakowanie reszty. Kiedy dojechalismy do "domu", nie mialam juz ochoty sie nigdzie ruszac. Posiedzialam w moim fotelu, wypilam kawe i na szczescie bol glowy zaczal przechodzic. Niby nie bylam glodna, ale poszlam na obiadokolocje, glownie zeby wziac kawe. Niestety, drugi wieczor pod rzad, jej nie bylo. :/ Stwierdzilam, ze wezme "troche" jedzenia, ale pani nalozyla mi caly talerz. Oczywiscie zjesc nie musialam, siadlam jednak ze znajomymi i tak gadajac oraz sluchajac, nieswiadomie pochlonelam caly talerz. :D Wieczorem niestety juz musialam wstawic pranie. Strasznie nie lubie publicznych pralni. Nie tylko sie brzydze, bo nie wiem kto i co przede mna pral, ale tez juz niektorzy opowiadali ze ludzie zostawiaja mokre ciuchy w pralce, albo suche w suszarce i zapominaja... Na szczescie ja unikelam takich dodatkowych frustracji i wstawilam pranie bez problemu. Nastawialam tez alarm telefonie, zeby nie zapomniec. ;)
Moja mala grupka zaczela planowac na niedziele wypad na stare miasto w Charleston, ale choc poczatkowo przytaknelam, pozniej stwierdzilam, ze jednak mi sie nie chce. Nadchodzil poniedzialek, a z nim calodniowe "lekcje" oraz wczesne pobudki. Mialam okres i czulam sie tak sobie, jeszcze ten sobotni bol glowy i w koncu napisalam, ze jednak nie jade, a niedziele planuje spedzic leniwie i spokojnie. Ominelam wiec sniadanie i spalam do 9. Potem powylegiwalam sie w lozku i ostatecznie zwloklam o 10. Szykowalam sie powolnie, pogadalam z M. i o 12 poszlam na lunch. Po powrocie musialam zrobic tacie bezrobocie bo sie dopominal (:/), a pozniej zadzwonil i on i kolejny raz malzonek. Ten ostatni w ogole wydzwanial do mnie co chwila, bo robil porzadki w ogrodku, rozsadzal rosliny i potrzebowal moich porad oraz opinii. Nie da sie wyjechac z chalupy i uciec przed domowymi decyzjami. :D
Na wieczor polowa naszej 40-osobowej gromady zaplanowala grillowanie przy barze. Tak, mamy tu lekko "syfiasty" akademik, marna stolowke, ale jest tez BAR. Niestety, ponoc mieli spore problemy z mlodziencami ze Strazy Przybrzeznej. Jak to mlodzi, ostro popijali i tu jeden nasikal komus na drzwi, tam inny zasnal pod prysznicem, zatkal odplyw i zalal pokoj. Skonczylo sie tak, ze bar serwuje wylacznie piwo oraz wino, zadnych mocniejszych trunkow. W kazdym razie, trzy osoby sie skrzyknely, zaplanowaly zakupy (co nie jest taka prosta sprawa, bo trzeba sie zabrac busem), po czym zaczely zbierac imiona osob, ktore chca sie zlozyc na prowiant oraz akcesoria. Musieli bowiem kupic jeszcze brykiet do grilla, ale tez noze, deske do krojenia, talerze, sztucce, itd. Kiedy zaczely wplywac imiona, troche z rozpedu tez sie zglosilam. Pozniej mi sie odchcialo, bo okazalo sie, ze zglosilo sie "tylko" 19 osob, a osoby robiace zakupy, zamiast spodziewanych burgerow i hot-dogow, zakupily befsztyki, kurczaka i jakas pikantna kielbase. Do tego awokado oraz pomidory na guacamole, limonki, przyprawy, wszystkie kuchenne "narzedzia" i kazdy musial wybulic $18. Nooo, bylo to drugie tyle, ile sie spodziewalam... Ale coz, zglosilam sie, no to grzecznie z kasy wyskoczylam. Stwierdzilam, ze posiedze, zjem cos, wypije lampke wina... Taaa... Pierwsze rozczarowanie - wino okazalo sie produktem deficytowym. Po ostatnim czesciowym zamknieciu rzadu, baza dopiero wracala do zycia. Bar byl zamkniety pierwsze kilka dni, a pozniej, choc go otworzono, to zaopatrzono tylko w piwo. :/ Na jedzenie tez trzeba bylo czekac wieki, bo nakupili tego jak dla armii. W dodatku, osoby organizujace, nie chcialy po prostu ugrillowac miesiwa, tylko zrobic tacos. Kiedy bylo wiec upieczone, kroili je na paseczki. Mimo ze pracowaly nad tym dwie osoby (tylko tyle zmiescilo sie przy jednej desce do krojenia), cale przygotowanie trwalo prawie 2 godziny. :O
Umijalismy sobie czas jak sie dalo, czesciowo podziwiajac faune, ktora sama sie do nas pchala. Na poczatek przebiegl nieopodal lis, ktorego juz wczesniej pare osob widywalo.
Pozniej na drzwie siedziala zabka. A na koniec zaczely nam nad glowami latac nietoperze i to pogonilo kilka osob do srodka. :D
W miedzyczasie zaczelam dostawac telefony oraz wiadomosci od M., niestety niezbyt pozytywne. Okazalo sie, ze sufit w kuchni, z ktorego kapalo od czasu do czasu od jakichs 2 lat, a ktory M. mial naprawic "i nie trzeba mu przypominac co pol roku", w koncu sie poddal i zaczelo z niego leciec juz konkretnie. To znaczy, nie z sufitu, tylko z jakiejsc rurki przy wannie u dzieciakow, bo kapalo tylko wtedy kiedy Nik bral prysznic. Bi upiera sie brac go u nas. ;) W kazdym razie, malzonek wycial dziure w suficie i odkryl, ze wszystko tam jest wilgotne i poplesniale. A to "niespodzianka"! :/ Dzwonil tak i pisal, bo M. po prostu musi wszystko od razu relacjonowac, ze chodzilam po parkingu, rozmawialam, odpisywalam i w koncu odechcialo mi sie wszystkiego, wiec wrocilam po prostu do pokoju. Mialam nadzieje, ze wszyscy wypili wystarczajaco piwska, zeby nie zwrocic uwagi, ze zniknelam. :D Posiedzialam sobie jeszcze spokojnie w pokoju i w koncu polozylam sie do lozka, bo kolejnego dnia czekaly mnie juz lekcje. :(
W poniedzialek musialam sie juz zwlec wczesnie, wyszykowac i pedzic na "lekcje". Niestety, gdzie w zeszlym tygodniu mielismy luzik, bo zaczynalismy o 8:30, o 11 mielismy godzinna przerwe na lunch, a juz okolo 15 konczylismy, w tym, jak to mowia, przykrecili nam srube. Zaczynalismy juz o 8, zajecia rano trwaly do 12, a o 13 wracalismy do klasy, gdzie kiblowalismy prawie do 17. :( Caly tydzien uczylismy sie przepisow prawnych. Temat w sumie przydatny, tyle ze nikt nie zapamieta na raz tylu paragrafow, ktore w dodatku rozrzucone byly po roznych grupach. Moja jest dosc specyficzna, wiec praktycznie nic jej nie dotyczylo. Na dodatek, pani prowadzaca zajecia w poniedzialek byla srednio przygotowana. Twierdzila ze zwykle nie prowadzi tych zajec, wiec po prostu czytala ze slajdow i z notatek przygotowanych przez kogos innego. W rezultacie calosc byla nudna niczym flaki z olejem. Rano jeszcze jakos sie trzymalam, ale po poludniu po prostu nie moglam utrzymac otwartych oczu. W dodatku, na przerwie popedzilam do kafejki po kawe, a ta okazala sie zamknieta, choc wedlug grafiku powinna dzialac jeszcze pol godziny. :( Po zakonczeniu zajec, powloklam sie do pokoju, gdzie padlam na fotel i tyle, ze zadzwonilam do meza. O 18 jak zwykle ruszylam na kolacje, ale po niej zmusilam sie do zrobienia koleczka naokolo budynku "akademika". Spotkalam po drodze kilka dziewczyn z naszej gromady, wiec chwile z nimi pogadalam, po czym nie pozostalo mi nic innego, jak wrocic do pokoju i zakonczyc dzien przy ksiazce i w necie. Za to w domu Potworki mialy ferie wiosenne, wiec sie lenily. Z tej "okazji" malzonek tez postanowil wychodzic z pracy wczesniej, zeby spedzic w nimi troche czasu. Bi opiekuje sie krolikami sasiadow, ktorzy polecieli w cieple kraje, a poza tym miala miec treningi lekkoatletyki. Okazalo sie jednak ze byly one tylko w poniedzialek i czwartek, przy czym w ten pierwszy, zlapala lenia i nie pojechala, choc pogoda byla niezla i mogla wskoczyc na rower. Nika koledzy tez porozjezdzali sie po swiecie oraz Hameryce, wiec spedzil dzien ogladajac od nowa wszystkie czesni Harrego Pottera. :D
Wtorek zaczal sie ponownie wczesnie i pedem na stolowke, a pozniej na zajecia. Spotkala mnie tez niespodzianka kiedy popatrzylam na nagrania z kamer wokol domu, bo okolo 6 rano, przeszedl sobie z tylu niedzwiedz. ;)
Tym razem pan prawnik byl przygotowany przyzwoicie i jak na przepisy prawne, to opowiadal o nich dosc ciekawie. Ranek minal wiec nawet znosnie, pozniej przerwa na lunch i spowrotem na zajecia. Niestety, popoludnie przynioslo spadek energii, nawet pomimo wypitej kawy. Na pierwszej przerwie popedzilam do kafejki, a pani oznajmila ze wlasciwie to sa juz zamknieci, ale moze znajdzie cos co moze zrobic. Okazuje sie, ze zamykaja o 14, ale wszedzie jest napisane, ze o 15:30. Pani przewrocila oczami, ze do tej godziny to nie pracuja od 3 lat, ale nikt nie chce tego zmienic w broszurach ani na aplikacji. Laskawie jednak przygotowala mi latte z lodem. Normalnie nie lubie napojow z lodem, ale przyznaje ze tym razem mnie orzezwial i pomogl w utrzymaniu uwagi przez jakis czas. Dzieki temu popoludnie nie poszlo na stracenie, choc ostatnie 1.5 godziny juz tylko powstrzymywalam ziewanie i co chwila zerkalam na zegarek. Zreszta, malo kto specjalnie uwazal. Chlopak obok mnie przegladal strony internetowe z butami, a ludzie przede mna sprawdzali maile i ogolne aplikacje z pracy. :D Kiedy skonczylismy, wrocilam do pokoju, zmienilam dlugie spodnie na krotkie spodenki i pomaszerowalam do stawu przy wjezdzie na caly teren, zeby sprobowac podejrzec rezydujacego tam aligatora. Niestety, stalam tam z kwadrans, a gadzina sie nie pokazala.
Wrocilam pospiesznie na kolacje, a pozniej juz siedzialam w pokoju. Noc okazala sie tragiczna. Nie wiem czy w poblizu przejezdzaja pociagi, czy to statki, ale kilka razy w nocy budzily mnie ni to syreny, ni to jakies trabienie. Najgorzej, ze sygnaly pojawialy sie kilkukrotnie w ciagu kilku minut i w rezultacie kompletnie wybijaly mnie ze snu, a potem lezalam rozgladajac sie po pokoju i przeklinajac w myslach cale to miejsce.
W srode wstalam wiec nieprzytomna, ale nie bylo rady, trzeba sie bylo zbierac na zajecia. Te byly z tym samym panem, wiec wszystko wygladalo wypisz - wymaluj jak we wtorek. Musze oddac panu sprawiedliwosc, ze potrafil o tych prawnych kruczkach opowiadac z wielkim entuzjazmem i mial naprawde dar przekazywania wiedzy. Niestety, materialu bylo tyle, ze wszystkie paragrafy mi sie kompletnie mieszaja i nawet jesli powtorze wiadomosci, to marnie widze wynik egzaminu... Skoro pani w kafejce oswiecila mnie ze zamykaja o 14, wiec tego dnia, po kawe poszlam zaraz po lunchu. Dzien wczesniej wzielam bowiem mrozone latte i zauwazylam ze taki zimny napoj pomogl mi nieco w utrzymaniu uwagi. Jeszcze wkurzyl mnie kolega, z ktorym bylam na inspekcji w marcu. Minely prawie 4 tygodnie, a on nagle pisze zebym sprawdzila i podpisala raport! Dla niezorientowanych, mimo ze wedlug przepisow mamy 30 dni na skonczenie go, to niepisana zasada mowi, ze powinno sie napisac go w tyle dni, ile bylo sie na inspekcji. Wiem, ze kolega mial inny, zalegly raport, bo mial inspekcje jedna po druga, ale o to co ja sprawdzalam, pytal juz w pierwszym tygodniu po powrocie, a w drugim o jakies szczegoly. Wydawalo sie, ze pracuje nad raportem, a tu prosze, 4 tygodnie sobie minely i dopiero go napisal. Odpisalam, ze jestem na szkoleniu, wiec bede mogla do niego zajrzec dopiero wieczorem. Po godzinie dostaje wiadomosc, ze pomylily mu sie daty i raport musi byc wyslany juz tego dnia, ale ze ok, bo inna kierowniczka (nasz byl na zwolnieniu) juz go sprawdzila, wiec zebym tylko podpisala i odeslala. No super; wiec teraz nagle mam podpisywac dokumenty bez chocby przeczytania... Po kolejnej godzinie dostalam ponaglenie, ze "on nie wie czy widzialam, ale ten raport musi byc podpisany dzisiaj"... Co bylo robic, skoro to takie pilne, to podpisalam i odeslalam. Wieczorem jednak siadlam i przeczytalam z ciekawosci. I co?! Znalazlam blad! I to taki oczywisty, ze nie wiem jak mozna bylo go nie zauwazyc! Podejrzewam, ze kolega sie spieszyl i nie poprawil danych z poprzedniego raportu, tyle ze zatwierdzil go nasz szef, a przedtem niby sprawdzila "szefowa szefa"! Mam teorie, ze kolega jest bardzo doswiadczonym inspektorem i szefostwo bardzo sie w jego raporty nie wglebia, tylko przelatuje na szybko i zatwierdza. :/ Wracajac do srody, to wieczor minal jak zwykle. Po zajeciach spacer, potem obiadokolacja, troche na kompie i do spania.
Czwartek to pobudka jak zawsze, tyle ze bylam bardziej wyspana, bo dziwne syreny w nocy obudzily mnie tylko raz. Szybko zaliczyc sniadanie i na "lekcje". Tego dnia prowadzily je dwie panie i niestety byly tak "pomiedzy" kobitka z poniedzialku, a panem z wtorku i srody. Nie mialy w sobie az takiego entuzjazmu i duzo czytaly z kartek, ale przynajmniej nie mowily tak "sucho" i bezjajowo. Dzien dluzyl sie niemilosiernie, ale z przerwa na lunch jakos przezylismy i mozna bylo wrocic do pokoju. Chwile odsapnelam dzwoniac do malzonka, po czym poszlam na moj tradycyjny juz, przedobiadowy spacer. Potem kolacja i wrocic do pokoju, juz na reszte wieczora. Jeszcze, poszlam sobie zaparzyc kawy obok recepcji, a tu wpada kolezanka, panikujac, bo w pokoju lazil jej wielki... karaluch! Jestesmy na poludniu, gdzie zyja wielkie karaluchowate owady, choc one akurat trzymaja sie raczej podworka. Przed przyjazdem ostrzegano nas jednak, ze moga czasem pojawic sie w srodku. Sa nieszkodliwe, nie mnoza sie w domu, nie gryza (chyba ze sprowokowane), ale ze moga dorosnac do 7 cm, to wzbudzaja panike. Wlasnie taki "okaz" wlazl kolezance do pokoju. Stwierdzila ze to bylo wielkosci malej myszy i zazadala zmiany pokoju. Najlepiej na pietro. Niestety, na pietrze nie bylo juz wolnych pokoi, ale pani zaoferowala jej inny, choc nadal na parterze. Wczesniejszy miala na samym koncu korytarza, przy tylnych wyjsciowych drzwiach, wiec moze stad robal sie tam znalazl. Teraz bedzie bardziej w glebi. Kolejny raz pogratulowalam sobie, ze juz pierwszego dnia zmienili mi pokoj. Nie tylko wczesniej bylam na parterze, ale tez na samym koncu, dokladnie naprzeciwko kolezanki. ;) Reszta wieczora uplynela juz bez sensacji. Przede mna byl kolejny dzien prawa, wiec trzeba sie bylo znow polozyc w miare wczesnie.
W piatek podobny schemat. Wstac, wyszykowac sie, na sniadanie, a stamtad na zajecia. To byl juz ostatni dzien prawa i coraz trudniej bylo utrzymac uwage. Do lunchu jeszcze jakos szlo, ale po nim juz nie dalo sie wytrzymac. W drugiej czesci juz porzucilam wszelkie proby utrzymania uwagi i siedzialam na telefonie. Marnie widze ten egzamin, choc naprawde, to prawo nie bylo nam do niczego potrzebne. Jesli trafimy na inspekcjach na problemy wymagajace interwencji, to po prostu zadzwonimy do ich departamentu i zajma sie tym prawnicy. Ja nie musze wiedziec pod jakie paragrafy to podczepia i jakie zarzuty przedstawia. A jeszcze prowadzaca na koniec urzadzila "zabawe" dla sprawdzenia naszej wiedzy i w rezultacie skonczylismy pol godziny po czasie. :/ Kiedy wreszcie nas wypuscili, popedzilam do pokoju, przebralam sie w krotkie spodenki bo mielismy 31 stopni, zadzwonilam do malzonka, po czym ruszylam do sklepiku. Musialam kupic sobie wode, a przy okazji zrobilam zdjecia rzeczom z logo roznorakich agencji rzadowych oraz Charleston. Przeslalam je potem Potworkom zeby spytac czy cos im nie wpadlo w oko. Pozniej kolacja i juz relaksik w pokoju. Mlodsza czesc naszej ekipy ruszyla na miasto. Czesc zeby zaliczyc jakies poszukiwanie duchow, a reszta juz zwyczajnie - zeby sie poszlajac po restauracjach i barach. :D Ja juz za stara jestem na takie atrakcje, wiec nigdzie sie nie ruszalam.













































